Pisanie

d055dad90012024149a6bbe8

foto: kalipso.pinger.pl

W sierpniu widziałam moją B. Wreszcie, po blisko dekadzie!

„Pisz, no pisz wreszcie, zacznij pisać” – mówiła. Nie chodziło Jej bynajmniej o mój blog. To bardzo dobra forma pisania, ale według B. powinnam się w końcu zabrać za książkę. Łatwiej powiedzieć niż zrobić.

Od października miałam wrócić do pisania bloga. Miałam, ale jakoś nie wyszło. Chciałam pisać do szuflady. Też się nie udało. Ciągle szukam jakichś wymówek i usprawiedliwiam się, że próbuję. Tylko co? Przez wiele miesięcy napisałam dwa teksty i nic… Nic więcej.

Głowa pęka w szwach od myśli. Przeczytane książki i artykuły rozłażą się po niej jak gromadka niemowląt, których nie można opanować, ujarzmić, każde w inną stronę i każde wyciąga rączki: wybierz mnie, przecież tu czekam.

Niedawno usłyszałam od jednej z przemiłych sąsiadek, że słowo „próbować” należy wykreślić ze słownika. Masz działać, coś zrobić? Działaj i rób. problem polega na tym, że często tkwimy w miejscu, bojąc się zrobić krok do przodu. Mamy świadomość, że ten krok jest konieczny, a droga, która się przed nami otwiera wzywa nas. jednak ta droga jest tajemnicza, nieprzewidywalna, nie da się je kontrolować na tyle, na ile by się tego chciało. Niczego o niej nie wiemy, nie poddaje się analizie. Czy jesteśmy gotowi na podróż w nieznane?

Kusząca opcja. Wydaje mi się jedyną właściwą. Ostrożnie wkraczam więc na tę ścieżkę. Dotykam furtki. Chropowate, stare, ale nadal tchnące tajemnicą życia drewno, które czuję pod palcami dłoni zdaje się szeptać: „chodź, chodź, wejdź, nie bój się, nie martw, pozwól się ponieść życiu, zaufaj”.

Wolniutko otwieram delikatnie skrzypiącą furtkę.

Co mnie czeka? Ufam, że tajemniczy, cudowny ogród. Poddaję się temu uczuciu. Boję się jeszcze otworzyć oczy.

„Zaufaj. Idź. Uwierz w dobro. Idź”.

 

 

 

‪#‎MikołajDlaMikołaja‬

Zachecam

Chatka Baby Jogi

Ogłoszenie Klubu Polki na Obczyźnie:

Akcja #MikołajDlaMikołaja to nasza mikołajkowa akcja charytatywna na rzecz Mikołaja, chłopca z porażeniem mózgowym. Na naszym minibazarku znajdziecie ciekawe rzeczy z różnych krajów, które będziecie mogli wylicytować, a cały dochód zostanie przekazany Mikołajowi na zakup sprzętu i pokrycie kosztów rehabilitacji.
Mikołaj jest pod opieką Fundacji Dzieciom
http://dzieciom.pl/podopieczni/12138

Wszelkich wpłat na rzecz Mikołaja można dokonywać na nr konta fundacji:
Alior Bank S.A.
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615
z obowiązkowym tytułem wpłaty:
12138 Poskart Mikołaj

A oto kilka wybranych przedmiotów z licytacji:

15271837_1031405803636163_4708501545579429114_o Charlie – szydełkowy amigurumi od Magdy 

15181289_1031359070307503_8922227650194467240_n Miś od Kasi

15271954_1031307250312685_4714003752709483307_o Konik z Dalarny od Karoliny

15272273_1031294063647337_2077486245504154507_o Zajaczek od Justyny

15178998_1031283883648355_2799546641105422087_n Kalendarz stworzony przez dziewczyny z Klubu

a z Chatki Baby Jogi ?

15235364_1032195686890508_973293133299907325_o Prezent praktyczny : torby na zakupy bezśmieciowe:)

Zachecam Was gorąco do odwiedzenia strony wydarzenia: Mikolaj dla Mikolaja.  Jestem pewna ze znajdziecie cos dla siebie.

View original post

Nigdy nie zapominaj o sobie

penelope-2006-achter-tvgids-nl

Penelope, foto: TVGids.nl

27 juni 2016, Haarlem

Widziałam dziś film „Penelope”.  Dziewczyna urodziła się z uszami i nosem świnki z powodu rodowej klątwy. Wszyscy wierzyli, że klątwę może zdjąć miłość mężczyzny, ślub, itp. Tymczasem okazało się, że Penelope zdjęła ją sama, wypowiadając słowa: „Nie chcę się zmieniać. Lubię siebie taką, jaka jestem”. Kluczem do odmiany Jej losu, zmiany wyglądu i życia nie była więc miłość i akceptacja płynąca ze strony drugiego człowieka, choć tę też otrzymała za to kim była naprawdę. Kluczem było polubienie siebie, pokochanie siebie, zaakceptowanie siebie.

To podstawa wszystkiego – „mogę być tym, kim jestem i kocham siebie”. Warunkiem udanego, szczęśliwego życia i związku jest w pierwszej kolejności pokochanie siebie. Nie chodzi tu o narcyzm i samouwielbienie, ale o zrozumienie i akceptację siebie takimi, jakimi jesteśmy, o danie sobie prawa do popełniania błędów, o uświadomienie sobie, że bycie niedoskonałym jest piękne, o zrozumienie, że nie trzeba być perfekcjonistą, nie trzeba znać odpowiedzi na wszystkie pytania, że jest dobrze tak, jak jest. Bo jest. Tu i teraz. Nie przeszłość, nie przyszłość. Tu i teraz, bo tylko na nie mamy wpływ.

Spójrz więc w lustro i powiedz do swego odbicia: „Kocham Cię. Akceptuję Cię”. Obejmij się i ucałuj. To Ty. Raz lepszy, raz gorszy. Ty. Robisz przecież wszystko, by żyć dobrze. Starasz się. To wystarczy. Nie zapominaj o sobie.

Zimowe przesilenie

przesilenie

foto – kobieta.onet.pl

Inaczej przesilenie grudniowe. Tradycyjnie przypada na dzień Bożego Narodzenia, ponieważ na początku naszej ery astronomicznie wypadało 25 grudnia. W ubiegłym roku przesilenie miało miejsce 22 grudnia. Oznacza to, że mieliśmy wówczas najkrótszy dzień i najdłuższą noc. Od momentu przesilenia grudniowego, minuta po minucie, przybywa nam dnia. Oczywiście słońce nie wschodzi minutę wcześniej każdego dnia, ale powolutku zauważamy, że światła jest coraz więcej.
To naprawdę trudny okres dla mnie tutaj w Holandii i równie trudny był w Belgii. Jest bardzo szaro. Brakuje śniegu, dającego światło śniegu. Brakuje słońca, rozjaśniającego swymi promieniami moją twarz. Jest wilgotno i zimno. Nie ma tu bardzo niskich temperatur, ale wilgoć daje mi się mocno we znaki. Przenika głąb moich kości, sprawiając, że chcę wcisnąć się pod grubą kołdrę i włączyć ogrzewanie. Nie mam ochoty opuszczać domu.
Wakacje świąteczne szybko się jednak skończyły i trzeba było wracać do szkoły i do pracy. Oboje z Dużym jęczeliśmy wychodząc z domu. Ja oczywiście zamarzałam tego dnia w pracy. Mimo, że ubrałam się stosownie do pogody. Z powodu nadmiaru stresu znacznie obniżyła się moja odporność i przeziębiłam się natychmiast pierwszego dnia w pracy! Chodzę teraz z przepiękną opryszczką i najchętniej siedziałabym przy kaloryferze i piła gorące Latte macchiato!
Może wydać się Wam to dziwne, ale nie lubię stycznia. Dziwne, bo urodziłam się w tym miesiącu. Powinien więc być dla mnie szczęśliwym. Niestety tak nie jest. Może dlatego, że jest to środkowy miesiąc zimy, długi 31 dniowy okres, który trzeba przetrwać do lutego! Oby do lutego! Dlaczego? Bo wtedy już prawie marzec i luty jest krótki, i jest już jaśniej i…. Ale marudzę!
Chyba nie jestem sama w tym marudzeniu. Kilka dni temu słyszałam od znajomej, że Jej koleżanka przeżywa w związku ze styczniem podobne emocje. Ktoś jeszcze czeka z utęsknieniem na wiosnę?
A może ktoś ma sposoby na przetrwanie stycznia?
Po świątecznej przerwie nie mogę się obudzić! Non stop piję moje latte, a i tak zasypiam! Już dawno się tak nie czułam. Jakieś rady? Ktoś? Coś?
Z góry dziękuję!

Pierwsze próby

art00061

Foto – lovi.pl

Pierwsze próby odkładania Małego do łóżeczka okazały się porażką. Totalną.
Sami chodzimy spać bardzo późno. Ja koło pierwszej w nocy, a Mąż między drugą a trzecią. Chyba nie jest to najbardziej komfortowa sytuacja, jeśli zamierzasz wstawać konsekwentnie ze swojego łóżka, udawać się do pokoju dziecka, karmić je piersią, a następnie odkładać do jego łóżka.
Coś okropnego. No dobrze. Nie jestem głupia. Wiem, że takie rzeczy powinny wydarzyć się już dawno temu. Nie będę się tu teraz oceniać ani tłumaczyć. Nie o to przecież chodzi. Powiem tak – wynika to faktu, że nie mam pojęcia jaką przyjąć strategię, a najbardziej chciałabym taką, która by jak najmniej godziła w dobro dziecka.
Na początku zakładałam, że przestanę karmić, gdy mały będzie miał 2 lata. Zrezygnowałam z tej myśli po rozmowach z moją fizjoterapeutką, która karmiła synka 3 lata. Nie chodzi o to, że chciałam komuś dorównać. Raczej o to, że udało Jej się bezboleśnie odstawić dziecko od piersi. Co to znaczy bezboleśnie? W pewnym momencie mały potrzebował coraz mniej i mniej. W końcu zaczął zasypiać sam i przestał potrzebować cycusia w ogóle. Na to bardzo liczyłam.
Niestety nic się nie zmieniło, a ja padam z wycieńczenia. Dlatego postanowiłam działać. Petra oznajmiła, że nie wszystkie dzieci rezygnują same. Niektórym trzeba w tym pomóc. Chcę pomóc naszemu Synkowi i sobie. Może gdyby w końcu spał we własnym łóżku, spałby lepiej i nie szukał ciągle przytulanki w postaci matki. Powiedzmy sobie szczerze, w tym momencie nie mówimy już o karmieniu. Dziecko je wszystko, prawie wszystko i nie potrzebuje mleka. Wcina codziennie jogurt naturalny.
Jednak zmiana przyzwyczajeń jest bardzo trudna. Boję się tego straszliwie. Kiedy dziesięć lat temu postanowiłam odstawić od piersi dwuletniego wówczas Dużego, darł się niemiłosiernie przez 2 tygodnie. Teraz mądre głowy uświadamiają mi, że dla dzieci z ASS takie działanie to horror. Im regularność i przewidywalność potrzebna jest do życia. Gdybym wtedy wiedziała, że Syn ma ASS nigdy nie naraziłabym go na taki stres. Ale któż mógł podejrzewać? Duży nie chodził jeszcze do przedszkola, a na żłobek nie było nas stać… No cóż. Mam nadzieję, że kiedyś sobie to wybaczę.
Teraz boję się, że Mały przeżyje podobny stres. Próbowaliśmy go uczyć samodzielnego zasypiania, chodząc co 5 minut i sprawdzając, co u Niego. Tak się darł, że zanim 5 minut minęło był już obrzygany od góry do dołu. No jaki rodzic jest w stanie to znieść? Ja nie mogłam.
Podjęte przeze mnie ostatnio próby odkładania Małego do łóżeczka po karmieniu, (od czegoś trzeba zacząć, tak?) nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. O 3 nad ranem nie mam już siły podnieść się z łóżka. Nie słyszę pierwszego budzika, drugi wyłączam i padam „na chwilę”, po czym budzę się, dziś tylko dzięki Dużemu, o 7.45, a o 8.30 musimy wyjść z domu, spakowani, gotowi, z lunchem i wszystkim potrzebnym do szkoły i do pracy…. Nie ogarniam.
Szkoda, że to nie wakacje. Byłoby łatwiej. Nie zamierzam się poddawać, ale muszę to dobrze przemyśleć. Może chodzić spać przed północą? Tylko, kiedy wówczas będę pracować i przygotowywać się do zajęć? Kiedy tłumaczyć? Nie mam na to jeszcze gotowej odpowiedzi. Muszę się dobrze zastanowić i wyspać!

Alfabet mojej emigracji – I jak inny świat

0a993aa3-fe0b-4f93-b125-90b3c0b80963

Foto – polskieradio.pl

Na szczęście nie ten z powieści Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Belgia okazała się dla nas innym światem. Na szczęście nie miałam problemów z porozumiewaniem się z ludźmi, ale gdyby nie moi belgijscy znajomi byłoby mi bardzo trudno.
Zacznijmy od mieszkania. Pierwsze wynajęłam online od uniwersytetu. Nie mogliśmy się tam zatrzymać dłużej niż miesiąc, bo było już wynajęte komuś innemu. Poza tym strasznie drogie i wszędzie daleko. Jak wcześniej pisałam, kolejne mieszkanie znalazłam bardzo szybko, jednak z podpisaniem umowy i załatwianiem formalności wcale nie było tak łatwo.
Po pierwsze musiałam zabrać ze sobą kolegę z uniwersytetu, który poświadczył moją tożsamość i zapewnił, że nie jestem jakimś dziwnym stworem z kosmosu i będę zarabiać regularnie pieniądze, a w związku z tym także regularnie płacić. Bez Jego pośrednictwa, nikt nie wynająłby mi mieszkania. Byłam Polką (jestem nadal). Inny kolega, teraz już Mąż, wyjął z konta pieniądze i pożyczył obcej dziewczynie równowartość trzykrotnego czynszu. Trzeba było zapłacić trzy miesiące z góry. Gdyby nie Mąż, nie mogłabym nic wynająć. Nie miałam grosza przy duszy. No nie, miałam tyle, żeby jakoś wytrwać do następnej wypłaty, ale nic ponad to. Ufff
Powietrze w Gandawie było straszliwie ciężkie. Kiedy jeździmy tam teraz nie mogę złapać oddechu! Wtedy jednak tego nie czułam. Oddychałam wolnością.
Nie miałam pieniędzy, ale miałam co jeść, miałam pracę, miałam Dużego i on miał rewelacyjną szkołę. Było dobrze. W jakiś pokręcony sposób, bo ciągle jeszcze z wieloma nierozwiązanymi sprawami w kraju moich Rodziców, ale czułam się w miarę dobrze.
Mieszkaliśmy z Francuzem, który nie robił nic, oprócz przygotowywania pysznego jedzenia. Dobre i to myślałam.
Ludzie poza uniwersytetem i szkołą Dużego nie byli już tak przyjaźni. Słowiański świat zostawiałam codziennie za drzwiami budynku uniwersyteckiego. Poza nim walczyłam z durnowatością urzędników, których niewiedza doprowadzała mnie do szału. Załatwiałam tony papierów i formalności na tu i tam, by wszystko trzymało się kupy. Musiałam zgłosić i zarejestrować nie tylko siebie i Syna, ale także rozwód i wszelkie wyroki i postanowienia z tym związane, zamawiać tłumaczenia przysięgłe. Jeździć do Polski i z powrotem na durne rozprawy dotyczące podziału majątku (nie życzę nikomu rozwodu w Polsce). Ciągle nie mogłam oddychać swobodnie. Nie z powodu zanieczyszczonego do granic możliwości powietrza, ale z powodu spraw, które ciągnęły się za mną jak ogony, przypominające mi błędy, popełnione przeze mnie, przyjmującej dawno temu za pewnik durne założenia młodości.
Gandawa zmusiła mnie do innego spojrzenia na rzeczywistość moją i Syna. Miesiące od października 2009 do połowy lutego 2010 to istny koszmar, o którym wolałabym zapomnieć. Nauczyłam się wówczas o tym, kim jestem i czego chcę. Poznałam dobrze Dużego, który okazał się być mądrzejszym niż wszyscy znani mi dotąd dorośli. Nie, jednak nie chcę zapomnieć, ale nie chcę już do tego wracać. Tysiące razy analizowałam sytuację. Co by było gdyby? Gdybym kilkanaście lat temu powiedziała jak zwykle – nie to nie, idź w cholerę – zamiast poświęcać się i postanawiać dotrzymywać słowa, złożonego w najdziwniejszych okolicznościach przyrody, pewnie nie byłoby tego koszmaru. Pewnie nie, ale czy wówczas miałabym mojego Syna? Czy gdybym nie poznała Francuza, czy wtedy kiedykolwiek zdecydowałabym się na wyjazd za granicę? Gdyby nie M. nie byłoby Syna, gdyby nie Francuz nie byłoby Gandawy. Gdyby nie Gandawa nie byłoby Męża.

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Moja B. powiedziała mi gdzieś na przełomie 2009 i 2010, że droga, którą wybrałam jest o wiele trudniejsza, bardziej skomplikowana, ale w końcu doprowadzi mnie do celu.
Tak też się stało. Kosztowało mnie to wszystko mnóstwo energii, stresu tyle, że nie jeden by pewnie nie udźwignął, ale teraz jestem tu. Na właściwej drodze, czasem jeszcze się gubię, bo daję się zdominować strachowi. Ufam jednak, że wygram tę walkę ze sobą.
Po kilku miesiącach miotania się znalazłam spokój u boku Męża. Od tamtej pory wolniutko stawiałam swe pierwsze kroki na właściwej drodze. Drodze ku szczęściu.
Pokochałam Gandawę. Pokochałam nasz inny świat. Świat pełen dziwnych ludzi i zdarzeń. Świat, w którym ciągle czułam się obca. Nie byłam już swoja w Polsce i nie byłam w Belgii, poza uniwersytetem i kolegami tam, którym naprawdę jestem bardzo wdzięczna za wspaniałe przyjęcie, nie miałam nikogo znajomego. Jedną, jedyną D., wówczas lektorkę w Leuven, która na początku mi wszystko wyłuszczyła i pomogła odnaleźć się w tym, jakże innym od polskiego, świecie.
Żyło nam się zupełnie inaczej. Można powiedzieć, że zarabiałam relatywnie tyle samo pieniędzy. Musiałam jednak pracować trzykrotnie mniej! Nie stałam pod koniec miesiąca w sklepie ze wstydem na twarzy i w oczach, prosząc o wpisanie chleba do „zeszytu”. Jaka to była ulga! Było nas stać na jedzenie w restauracji! Wyobrażacie sobie? W Polsce było nas na to stać tylko do urodzenia się dziecka, w czasie gdy ja otrzymywałam stypendium z uniwersytetu. Mój facet jakoś nie mógł znaleźć dobrze płatnej pracy. Mogłam w Gandawie pić kawę w kawiarni!
Jeździliśmy na wakacje! Nie do rodziców, choć tam też, ale tylko na kilka dni. W tym krótkim czasie byliśmy kilka dni w Szwecji, na Teneryfie, w Paryżu z Gosią (moją Siostrą), w Polsce i trzy tygodnie we Włoszech. Syn był zawsze z nami. Jakoś nie uznaję wakacji bez dzieci, choć z dwójką jest już nieco inaczej.
Kupiłam sobie piękne ciuchy, do których muszę schudnąć po ciąży, ale to inna historia. W Polsce ubierałam się zwykle w lumpeksach. Nie z wyboru, z konieczności. Nawet na niektóre ubrania z lumpu nie było mnie stać….
No cóż, to był naprawdę inny świat. Nauczyłam się, że życie nie polega tylko i wyłącznie na podróżach między domem, pracą a szkołą. Nie musiałam walczyć o przetrwanie. Mieliśmy względną stabilizację, którą na własne życzenie naruszyłam, namawiając Męża do udziału w konkursie na stanowisko nauczyciela akademickiego w zakresie translacji na uniwersytecie w Amsterdamie. Nasze życie miało zmieć się znów i oczywiście zmieniło. Dla mnie i dla nas wszystkich. O tym nieco później.

Jeśli chcecie poczytać doświadczeniach emigracyjnych innych, zajrzyjcie tutaj .

Archanioł Michał

Archaniol Michal

Może wydać się to komuś całkowitym wariactwem, ale od kilku ładnych lat wybieram sobie w styczniu archanioła, który ma patronować całemu rokowi. W związku z wydarzeniami, o których tu jeszcze nie pisałam, zamierzam za jakiś czas, jak do tego dojrzeję, w tym roku wybrałam Michała. Powinno się wybierać na chybił trafił, jednak mam silną potrzebę, by ten właśnie pogromca szatana, sprawował nade mną opiekę w tym roku.

Jest taka modlitwa, którą w pewnym okresie mojego życia powtarzałam kilka razy dziennie i zamierzam od nowa. Ta modlitwa uratowała mi życie.

Modlitwa do św. Michała Archanioła

Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw zasadzkom i niegodziwości złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

Pewnie teraz wielu z Was myśli, że mi kompletnie odbiło. Niezupełnie. Nie leżę plackiem w kościele, nawet rzadko tam bywam. Jednak wierzę bardzo mocno w anioły, archanioły, duchy, dusze i takie tam. Wszystko opowiem w swoim czasie.

Poza tym jestem cholernie racjonalna, co często mi przeszkadza.

Wiara w to, że Ktoś tam nade mną czuwa, pozwala mi żyć i nie zwariować.

Na dziś tyle. Pozdrawiam Was serdecznie!