Archive | Czerwiec 2015

Dlatego pokochałam Haarlem

20150627_101113[1]20150627_115741 20150627_115749 20150627_115805 20150627_181420 20150627_193908 20150627_195539

Reklamy

Prawie koniec roku szkolnego

Dziś dotarło do mnie, że to prawie koniec roku szkolnego! A mam wrażenie, że nie tak dawno się zaczął. Padam ze zmęczenia. Jadę na zapasowych bateriach. Wakacje w Holandii trwają zaledwie 6 tygodni. Ma to swoje zalety, bo nie trzeba się zastanawiać, co zrobisz z dzieckiem przez ponad 2 miesiące. Ogromna wada – ani się nie obejrzysz, a już po wakacjach. W tym roku od 4 lipca do 16 sierpnia będziemy się lenić.  Plany oczywiście są, żadne wyszukane, blisko domu, jednodniowe wypady w celu poznania okolicy. (Mieszkamy tu już prawie 3 lata, a prawie nic nie widzieliśmy.) Syn nie może się doczekać, a Synek nie chodzi jeszcze do szkoły. Choć naukę zaczyna się tu już w wieku czterech lat! No cóż, co kraj to obyczaj! W Belgii jest podobnie jak w Polsce. Lekcje trwają co roku do końca czerwca i zaczynają się we wrześniu. Może zaciekawi Was fakt, że ani w Belgii, we Flandrii, ani w Holandii nie zakłada się uroczystego stroju na rozpoczęcie czy zakończenie roku. Pierwszy dzień szkoły to pełny dzień zajęć. Zwykle między 8 a 15 z przerwą na owoce i drugą na lunch.  W szkołach podstawowych, te znam z doświadczenia, nie ma automatów ze słodyczami czy innym śmieciowym jedzeniem. Dzieciom nie wolno przynosić do szkoły słodyczy, wyjątek stanowią czyjeś urodziny, uroczysta kolacja z okazji Bożego Narodzenia i śniadanie wielkanocne. Pije się wodę z kranu. W Holandii to coś naturalnego. Można się zdziwić, gdy  ktoś po zaproponowaniu Ci wody, podchodzi do zlewu i nalewa z kranu!

Na zakończenie roku szkolnego w Holandii nie ma obowiązkowej wywiadówki. Jest fakultatywne spotkanie z nauczycielem, na którym omawia się raport, a nie świadectwo. Dzieci dostają raporty do domu na wakacje, a po wakacjach zwracają do szkoły. Nie  ma ocen, są punkty, poziomy itp.  We zasadzie od pierwszej grupy, zwykle od drugiej do ósmej pisze się w Holandii testy CITO – egzaminy państwowe. Ich wyniki, począwszy od grupy szóstej, są brane pod uwagę przy wystawieniu pisemnej oceny na koniec szkoły. Na podstawie wyników tych testów i opinii nauczyciela przygotowuje się propozycję poziomu i typu szkoły średniej, w której uczeń ma sobie dobrze radzić.

Poza tym są oczywiście testy z poszczególnych przedmiotów, ale na poważnie zaczynają się one w Holandii w grupie szóstej.  Do tego momentu uczniowie nie dostają praktycznie pracy domowej!  Co za koszmar! Nie potrafią sobie potem poradzić z prostymi pracami, nie mówiąc o przepaści, jaka dzieli szkołę podstawową i średnią!

Szkoła w Holandii to dla mnie temat rzeka! Jeszcze do tego wrócę!


Foto Joseph Barrientos/Unsplash

Foto Joseph Barrientos/Unsplash

Przeczytam na pewno!

W domu malowanie!  Każdy wie, co oznacza to hasło!  Bałagan wszędzie, nieustanne porządki! Przemeblowanie, bo nagle okazuje się, że meble nie pasują już na dawne miejsca. Trzeba dodać jakieś półki na książki, bo miesiącami już piętrzą się podwójnie na tych starych, przeciążonych. Porządkowanie chaotycznie przekładanych papierów. Kurz, kichanie. Synek, który chce się przytulić w wirze największych porządków i Syn, nie przestający nadawać, nawet mimo usilnych próśb.

Wykończona po całym dniu wrażeń marzę tylko o prysznicu i pościeli. A tu praca dopiero się zaczyna! Intelektualna! O wiele trudniejsza od tej fizycznej. Cóż, wybór matki.  🙂

Hehe he Miało być o czytaniu!  Otóż w trakcie sprzątania po malowaniu po raz kolejny przekładam gazety, które zamierzałam przeczytać, gdy je kupowałam… Nadal czekają. Może wakacje będą sprzyjały lekturze, jakiejkolwiek! Notes na zapiski z przeczytanych książek już zakupiony!

Nauczyciel z powołania

Foto Jeff Sheldon/unsplash

Foto Jeff Sheldon/unsplash

Holenderska szkoła wygląda zupełnie inaczej niż polska. Pewnie będę jeszcze do tego wracać. Synowi został jeszcze rok w szkole podstawowej. Grupa 8. Ciekawe prawda? Prawie jak dawna polska 8 klasa. Prawie, bo dzieci zaczynają tu chodzić do szkoły już w wieku czterech lat.
Miało być o nauczycielu. W Holandii mieszkamy 3 lata. Mało i dużo. W perspektywie szkoły cała epoka. Syn przyszedł tu do 5 grupy. Znał już niderlandzki, pilnie chodził do szkoły Freinet w Gandawie. Nie musiał więc, jak inne dzieci, uczęszczać do tak zwanej taalklas, gdzie w zasadzie uczą tylko języka. Kontakty z dziećmi są różne, generalnie trudne, ale bo i ich podłoże bardzo złożone. Jak wszyscy rodzice wiedzą, kluczowe znaczenie w szkole, w klasie ma dobry nauczyciel.
O takich trudno wszędzie i w Polsce, i tutaj. Wiem coś o tym, sama jestem nauczycielką. Pierwszy rok w holenderskiej szkole był porażką. Trzech nauczycieli w jednej klasie, kompletny brak komunikacji z rodzicem. Brak prawdziwego kontaktu z dzieckiem. Musiałam instruować nauczycielkę, że warto z Synem porozmawiać indywidualnie, że wrzucanie wszystkich do jednego worka to katastrofa. Uprzykrzałam się codziennymi pytaniami, jak Syn sobie radzi w szkole. Do znudzenia wierciłam nauczycielkom dziurę w brzuchu.
W grupie szóstej było już lepiej = jeden nauczyciel – pan. Bardzo miły i dobrze zorganizowany. Wykazywał zrozumienie dla problemów Syna i całej klasy, która okazała się zbiorem wyjątkowo trudnych charakterów. Radził sobie bardzo dobrze, ale kontakt nadal ograniczał się do mojego nachodzenia pana po lekcjach. Jak teraz o tym myślę jest dokładnie tak jak w Polsce, wywiadówka raz na pół roku. Bycie rodzicem dziecka w wieku szkolnym, w dodatku dziecka z problemami, uświadomiło mi jak ważna jest dobra komunikacja między szkołą a domem. Bez komunikacji nie ma konwersacji, a bez niej są tylko piętrzące się, pogłębiające się problemy.
W grupie siódmej zdarzył się cud! Ten cud ma na imię John i wieloletnie doświadczenie w nauczaniu. Nauczyciel piszący regularnie maile do rodziców, informujący o wydarzeniach w klasie, o testach, wyjściach. Przypominający o terminach, pilnujący regularnego kontaktu rodzica ze szkołą. Posługujący się pięknym niderlandzkim, dbający o wymowę i treść. Nawet odwiedzający uczniów w ich naturalnym środowisku, czyli w domu. Przede wszystkim jednak, mający doskonały kontakt z uczniem, przynajmniej z Synem.
Niestety, jak się okazuje, nieumiejętnie gospodarujący energią, której zasoby, na dwa tygodnie przed końcem roku szkolnego, całkowicie się wyczerpały… Nauczyciel perfekcyjny na zwolnieniu z powodu „wypalenia”. Dla mnie to szok. Nie napisałam jeszcze do niego żadnej reakcji, bo nie wiem jakie słowa dopuścić do głosu. Dla Syna szok. Płacze na samo wspomnienie…
Nauczyciele z powołania! Pamiętajcie o regularnym ładowaniu baterii! Bez Was dni w szkole są szare. Spacerują po niej tylko brat Smutek i siostra Niezrozumienie.

Jak Wam się to udaje?

Zastanawiam się jak to jest z pisaniem bloga. Tyle razy już próbowałam, że nawet nie potrafię tego zliczyć. Czytam czasem blogi innych i zastanawiam się, kiedy matki dwójki lub trójki dzieci znajdują czas na pisanie. Praca, szkoła, dom i jeszcze czas na te piękne wpisy.
Mnie wszystko przecieka przez palce. Dosłownie. Ilekroć pojawiają się jakieś fantastyczne myśli, które natychmiast chciałbyś przelać na papier czy klawiaturę, jestem gdzieś, gdzie nie jest to możliwe = pcham wózek z Synkiem czy karmię piersią. Potem oczywiście przychodzi tysiąc innych rzeczy do zrobienia i zapominam, że w ogóle miałam jakiś pomysł albo po prostu już nic mi się nie chce.
Jak dajecie radę spamiętać to wszystko, co w Was i wokół Was? Jak oddzielacie to, czym możecie podzielić się ze światem od tego, co lepiej zachować dla siebie czy psychologa, jak oddzielacie blog od tych najgłębszych emocji, które zżerają Was od środka, chciałybyście je jak najszybciej wyrzucić z siebie? Jak unikacie analiz psychologicznych swoich własnych i wszystkich wokół? Nie piszecie o matkach, ojcach, byłych mężach i rodzeństwie.
Czy kiedy Wasze emocje szaleją unikacie po prostu komputera?
Postanowienia noworoczne, postanowienia miesięczne, postanowienia tygodniowe. Nic nie idzie tak jak trzeba. Jednak w tym wszystkim znajdujecie czas i miejsce, by usiąść przy klawiaturze i pisać.
Podziwiam i mam nadzieję, że dam radę.