Archive | Lipiec 2015

O przyjaźni w pewnym wieku.

Foto Kevin Schmitz unsplash

Foto Kevin Schmitz unsplash

Wyjazd za granicę wiązał się dla mnie nie tylko z pozostawieniem mieszkania, opuszczeniem miasta, którego każdy zakątek opowiada jakąś historię. Opuściłam latami budowany świat, znane, bezpieczne otoczenie. Ludzi, mijanych w drodze do pracy. Krajobrazy, których długo nie było mi dane zobaczyć ponownie. Kina, teatry, sklepy, lekarzy. Wyjechałam w nieznane, by zacząć od nowa.
Nowa praca. Nowy dom. Nowy świat. Nowy język. Nowi sąsiedzi. Jestem dorosła, więc w końcu się zaaklimatyzowałam. Poznałam ludzi, odkrywam świat, urządziłam dom. Ponieważ zależy mi na integracji i porozumiewaniu się z sąsiadami i nauczycielami, nauczyłam się języka niderlandzkiego. Niby wszystko jest w porządku. Radzę sobie. Jest jednak coś, czego nie potrafię tu replikować – przyjaźń.
Moje przyjaciółki zostały w Polsce. Mam dwie B. i D.. D. znam już ćwierć wieku. Poznałyśmy się i zaprzyjaźniły w liceum. Siedziałyśmy w jednej ławce. Prowadziłyśmy szkolną gazetkę. Razem chodziłyśmy na imprezy urodzinowe i przyjaźniłyśmy się z tym samym chłopakiem. Z czasem nasze męskie zainteresowania zupełnie się zmieniły. Liceum zamieniłyśmy na uniwersytety w odległych miastach i nasze więzi nieco się rozluźniły. Widywałyśmy się bardzo rzadko. Niezbyt często rozmawiałyśmy. Pamiętałyśmy zawsze o urodzinach i świętach. Co jakiś czas dzwoniłyśmy do siebie. Zawsze miałyśmy wtedy czas. Rozmawiałyśmy godzinami. Kiedy obie pojawiałyśmy się w rodzinnym mieście, spotykałyśmy się na kawie i pysznym cieście którejś z naszych mam. Potem, gdy wyjechałam za granicę, sytuacja zmieniła się nieco, ale nadal, gdy tylko to możliwe spotykamy się, dzwonimy. D. mieszka i pracuje w stolicy, a ja zawsze tam muszę łapać samolot, więc mamy okazję na pogaduszki. Mimo, że nasze kontakty nie są częste, nasze uczucia się nie zmieniają. Kiedy się spotykamy zawsze jest tak, jakbyśmy się nigdy nie rozstawały. To fantastyczne uczucie.
B. pojawiła się, kiedy moje małżeństwo chyliło się ku upadkowi. Wspólne zainteresowania bioenergoterapią i medycyną alternatywną, metafizyką, inny świat. Miałam wrażenie, że znamy się od zawsze. Nasze światy były zupełnie inne, ale znajdowałyśmy porozumienie ponad nimi. Próbowałyśmy ratować różnymi sposobami nasze związki, jednak nam się to nie udało. Ja po rozwodzie wyjechałam, ona przeprowadziła się. Nigdy jednak nie straciłyśmy się z oczu i z serca. Przez sześć lat mojej emigracji Jej życie zmieniło się o 360 stopni. Nie rozmawiamy często, raz na pół roku, ale za to płacimy duuuuuże rachunki :). Kiedy mam jakieś wątpliwości co do podejmowanych przeze mnie decyzji czy kroków, dzwonię do B. po radę.
Moje Przyjaciółki mają dla mnie czas, o ile nie siedzą w pracy czy nie zajmują się dziećmi :). W każdym razie, mimo dzielącej nas odległości trwamy. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Chyba jesteśmy na takim etapie, że nie potrzebujemy plotkować o byle czym. Nasz czas spędzony razem jest zawsze wartościowy.
Kiedy pojechałam do Belgii, nie szukałam nowych przyjaźni. Moje życie było wystarczająco skomplikowane i nie miałam czasu na poszerzanie sieci socjalnej. Jednak tutaj w Holandii, kiedy Mąż całymi dniami pracował, a Syn siedział w szkole, poczułam ten BRAK. Brak kogoś tu i teraz, z kim można porozmawiać natychmiast i już coś wyjaśnić. Pójść po prostu na kawę albo pospacerować. Może dlatego, że zniknęło poczucie tymczasowości, wiem, że to nasze tu i teraz. Wielokrotnie słyszę od ludzi: „Poproś przyjaciół, by zostali z dziećmi”. „Czy twoja przyjaciółka nie może zaopiekować się małym?”. „A może sąsiedzi?”. Nie, nie może, nie, nie mamy tu przyjaciół, nie mam tu przyjaciółki, a nasi sąsiedzi to młodzi ludzie, którzy non stop pracują lub podróżują albo starzy, którzy doprowadzają mnie do szału.
Próbowałam nawiązać kontakt z matką z klasy Syna. Na początku wszystko było dobrze, potem jednak Jej córka zaczęła mnie irytować, takie tam zarozumiałe nastolatki. Nie mamy też praktycznie nic wspólnego. Kontakt powoli się rozluźniał i teraz praktycznie nie istnieje.
Doszłam do wniosku, że jestem już za stara na przyjaźnie, jak kiedyś. A może to nie ja się zestarzałam, ale świat się zmienił? Nie mogę się przyjaźnić z kimś, kto myśli, że robi wszystko najlepiej i krytykuje każdy mój ruch, nie na tym wszakże polega przyjaźń.
Mam szczęście, bo zawsze, coś, co się kończy staje się początkiem czegoś nowego. Poznałam A. Nie jest to nastoletnia przyjaźń. Chciałam napisać: w naszym wieku…. Hehehehe. Chodzi o tę świadomość, że ktoś jest. Jest i kiedy masz potrzebę może się z Tobą spotkać i na bieżąco obgadać różne sprawy. Chodzi przecież o czas dla drugiej osoby, nie w biegu między innymi ważniejszymi sprawami, ale w ciszy lub gwarze ulubionej kawiarni.
Moje szczęście polega też na tym, że w zasadzie wszystko mogę przedyskutować z Mężem. Na pewno wielokrotnie już to słyszeliście, ale wierzę, że udany związek to związek oparty na przyjaźni. Oczywiście nie tylko na przyjaźni. Powiem tak, niczego nam nie brakuje. Kiedy umówiliśmy się po raz pierwszy, nawet nie zauważyliśmy jak 12 w południe zamieniła się w 19. Tak jest do dziś. Jednak zapracowany Mąż nie zawsze ma czas, poza tym zdrowy związek ma też przyjaciół poza domem. Mąż ma, z oczywistych względów, w Belgii.
Budowanie przyjaźni jest trudne i trwa latami. Dlatego chyba najtrudniejsze było dla mnie opuszczenie Przyjaciółek, one też nie były zadowolone. Życie jednak trwa i zawsze ma dla nas coś w zanadrzu. Nie można być przygotowanym na wszystko, ale z pewnością można wierzyć, że cokolwiek się dzieje ma jakiś głębszy sens, a brakujące więzi wypełniają się innymi. Z pewnością nie takimi samymi, jednak nie mniej wartościowymi. Jest zatem D. i B., wystarczy podnieść słuchawkę, choć dzieli nas 1500 kilometrów i jest A., gest do wykonania ten sam. Dziękuję Wam dziewczyny. Dziękuję Ci Mężu. Z Wami wszystko wydaje się łatwiejsze i staje bardziej oczywiste.

In vitro – droga do dziecka

Foto Linh Nguyen/ unsplash

Foto Linh Nguyen/ unsplash

Od dłuższego czasu w mediach wrze na temat in vitro. Współczesne polowanie na czarownice w kraju, którego światowa opinia mieniła krajem tolerancji. Tak sobie myślę, że tylko w okresie renesansu można było o jako takiej tolerancji mówić, bo przecież nazywano naszą Matkę Rzeczypospolitą państwem bez stosów. Ale już wtedy, w cieniu tej tolerancji wyganiano Braci Polskich albo kazano im przechodzić na katolicyzm. No cóż, dziś chce się, by współczesny świat powrócił nagle do średniowiecza, by tylko natura decydowała o byciu lub nie istoty ludzkiej. Celowo nie używam tu słowa Bóg. Bo niech mi któryś z tych walczących obrońców wiary powie, że Bóg jest przeciwny tym cudownym, pięknym dzieciom!
Pozwólcie tym dzieciom być. Odczepcie się raz na zawsze! Czy zdajecie sobie sprawę, jakim poświęceniem rodziców jest okupiona decyzja o posiadaniu „dziecka ze szkła”? (Cytuję tu tytuł książki mojej facebookowej znajomej Dagmary: tu https://www.facebook.com/pages/Dziecko-ze-szk%C5%82a/397868153757779?fref=ts). Ile to wizyt w szpitalu, godzin w poczekalni, wraz z innymi oczekującymi na cud. Ile bolesnych zabiegów, ile łez z powodu nieudanych prób, ile nadziei i rozpaczy. Często bez wsparcia rodziny i przyjaciół, którzy nie rozumieją. Bo jak? Tylko ktoś, kto staje w obliczu takiego wyboru i być albo nie być marzenia swego życia, jest w stanie zrozumieć, że zajście w ciążę dzięki in vitro to prawdziwy cud. Oglądał ktoś ten odcinek „Przyjaciół”, gdy Phoebe decyduje się zostać matką zastępczą dla dziecka swojego brata? Lekarz poinformował ją, że umieszczą jej w macicy pięć zarodków, jednak jest tylko dwadzieścia pięć procent szans na to, że któryś z nich zechce tam zamieszkać. To film, a rzeczywistość jest często smutniejsza, pięć prób bez rezultatu. Zastanawiał się ktoś, co dzieje się z psychiką pary, która po raz kolejny dowiaduje się, że nie dziś, nie tym razem.
Mnie sama myśl o tym odwiodła od próby. Nie miałam już sił walczyć i był Syn. Miałam jedno marzenie obok mnie, cały czas. Jednak inni nie mają. Nie mogą powiedzieć, no cóż, trudno, poddaję się. Nie mogą, bo nie chcą porzucić nadziei na największy dar, jakim dla nich jest dziecko. Dlatego walczą do końca. Czasem ta walka ma szczęśliwe zakończenie. Wiele par musi jednak pogodzić się z faktem, że nauka nie jest im w stanie pomóc. Póki jednak jest nadzieja, póki są fantastyczni specjaliści, dlaczego mamy się od tego odwracać i opluwać innych. Tym, którzy to robią przypominam o miłosierdziu, głównym z haseł Kościoła za czasów Jana Pawła II. I dobrze, że kardynał Dziwisz mówi, iż Kościół kocha dzieci, które już są na świecie dzięki in vitro. Ale w zasadzie co to kogo obchodzi? A tych, które się urodzą Kościół nie będzie kochał? Na litość Boską! Wierzę w Boga i nie wyobrażam sobie, żeby robił tego typu rozgraniczenia i mam nadzieję, że rodzice, którzy stają przed decyzją o poddaniu się zabiegowi, a są katolikami, też w to nie wierzą. Rozgraniczajmy kochani co Boskie, a co Kościelne.

Jak jazda na rowerze

Foto Alexandr Schwarz/ unsplash

Foto Alexandr Schwarz/ unsplash

Ponoć kiedy raz nauczysz się jeździć na rowerze, nigdy już tego nie zapominasz. Nie jestem pewna. Niby znasz technikę. Nie musisz poznawać od początku budowy roweru, wiesz także jak naciskać pedały, by rower ruszył do przodu. Jednak po długiej przerwie, na początku, chwiejesz się i jesteś niepewny, zupełnie jakbyś zaczynał od nowa. Swoją drogą, gdy pierwszy raz wsiadłam na rower zjechałam na nim w dół, po pochyłym podwórku Dziadków, kilkadziesiąt metrów i zatrzymałam się na stodole. Nie, nie spadłam, ale na rower wsiadłam ponownie wiele lat później. W przeciwieństwie do mojej Siostry, która mając jakieś trzy latka zjechała do wózkowni (kto mieszkał w latach osiemdziesiątych w Polsce ten wie, o czym mówię, dla tych którzy nie wiedzą: wózkownia to pomieszczenie, w którym pod blokiem, jak w piwnicy, można było przechowywać rowery czy wózki albo urządzić miejsce spotkań. Schodziło się do niej po stromym betonowym zjeździe). Zderzenie ze ścianą mogło się zakończyć wstrząsem mózgu, na szczęście Siostra od początku ma mocną głowę. Krew lała się jej z kolan, a ona biegła dalej :).
Podobnie jak z jazdą na rowerze jest u mnie z prowadzeniem auta po długiej przerwie. No nie, nie chwieję się, ale czuję się niepewnie. Zwłaszcza na autostradzie. Znasz to uczucie? Twój refleks musi się wyostrzyć, byś nie był zagrożeniem dla siebie i innych. A może dotyczy to tylko kobiet? Nie jestem pewna. Wypowie się jakiś mężczyzna? Mój prawa jazdy nie posiada, z przekonania.
Jazda samochodem zawsze sprawiała mi przyjemność. Od pierwszego momentu, gdy w wieku siedemnastu lat wsiadłam za kierownicę małego fiata, na którym wtedy, i jeszcze długo potem, uczono jazdy. Prowadziłam pewnie. Nie czułam lęku przed innymi użytkownikami drogi i dobrze radziłam sobie z wykonywaniem kilku czynności jednocześnie. Wówczas zrobienie prawa jazdy było jak udział w balu maturalnym, chcieli wszyscy. Zaraz po osiągnięciu odpowiedniego wieku albo jeszcze jakiś czas przed urodzinami każdy z mojej klasy zapisał się na kurs. Zupełnie jakby otrzymanie dokumentu, uprawniającego do prowadzenia samochodu, było warunkiem koniecznym wkroczenia w dorosłe życie.
Na pierwsze własne auto musiałam jednak długo czekać. Miałam 31 lat. Był to stary, biały Hyundai, kupiony za niewielkie pieniądze od ówczesnego szwagra. Cieszyłam się, bo był tylko mój. Przeszłam z nim szkołę życia – dojazdy do pracy w trzydziestostopniowym mrozie, po lodowisku na drodze. Zostawiłam to auto na karpach ściętych przydrożnych krzaków, gdzieś na zakręcie za Mławą, jadąc w kierunku domu Rodziców i tracąc przytomność za kierownicą. Dziękowałam Opatrzności, że oboje wyszliśmy z tego cali, chociaż Syn, na szczęście zapięty w foteliku, długo jeszcze nie mógł o wypadku zapomnieć. Badania lekarskie nic nie wykazały. Nigdy przedtem ani potem nie zdarzyło mi się nic podobnego. Nigdy więcej też nie wsiadłam do samochodu głodna, spragniona i po wizycie u bioenergoterapeuty.
Hyundai był ze mną zaledwie pięć miesięcy. Po dwóch latach podarowałam sobie, także starego, ale bardzo zadbanego srebrnego Fiata Uno. To autko to istny cud techniki. Przemierzyłam nim drogę z Polski na południe Francji, stamtąd do Belgii, a potem 2 razy do Polski i z powrotem. Pamiętacie zimę 2009 roku? Autostrady zasypane były grubą warstwą zamarzającego śniegu. Pługi w Niemczech nie nadążały go usuwać, a w Belgii na śnieg nie byli przygotowani w ogóle. Tam o dużym śniegu mówią, gdy na chodnikach spoczywa półcentymetrowa warstwa :). Wszędzie sypią mnóstwo soli, więc uwaga na buty! (A propos. Zna ktoś jakiś cudowny sposób na pozbycie się tych białych linii z ulubionych kozaków?). Na autostradzie w Niemczech mijaliśmy piękne, pokaźnych rozmiarów auta, którym właściciele usiłowali przywrócić życie. A moje malutkie autko wolniutko zmierzało do celu. Osiągnęliśmy go po 23 godzinach jazdy, ale za to cali i zdrowi! Z głębokim żalem się z nim rozstawałam… Zmusiłam Mamę, by zatrzymała je jeszcze dwa lata :).
Wiązało się z nim wiele wspomnień, a wśród nich to, które okazało się niezbędną umiejętnością Polki za granicą – jazda po autostradzie. Nie oszukujmy się. Kilka lat temu mieliśmy jeden, urwany w polu, pasek autostrady. Teraz pewnie sytuacja wygląda nieco lepiej (mówię „pewnie”, bo praktycznie nie poruszam się po Polsce autem. Jazda naszych kierowców przeraża Męża :)), ale wówczas nie było gdzie się uczyć. Wjazd na autostradę wydawał się szaleństwem. Nie byłam do tego zupełnie przygotowana. Zawsze jeździłam ostrożnie, przestrzegając wszystkich przepisów ruchu drogowego. Nigdy powyżej dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. A tu nagle chcą sto dwadzieścia! Jak? Fiacik chwiał się od podmuchów wiatru i trzeba było mocno trzymać kierownicę, by nie wypaść z drogi. Klimatyzację zastępowały otwarte okna, nie można było tego jednak nadużywać, gdyż władzę nad autkiem przejmował wiatr. Jechało się więc w czterdziestostopniowym upale. Nie wiem, jakim cudem było to możliwe.
Nie wygody auta są jednak najważniejsze, gdy mówimy o jeździe po autostradzie. O wiele istotniejsza jest technika, przerażająco wielkie ciężarówki i lewy pas, po którym samochody mkną szybko, a siła ich prędkości sprawia, że twoje auto delikatnie faluje. Jako że przejechałam pół Polski, trasę z Kopenhagi na południe Francji, stamtąd do Gandawy, niezliczoną ilość razy jeździłam z Holandii do Belgii, poznałam tajniki poruszania się w autostradowym świecie, bardzo przydatne moim zdaniem, dla tych, którzy właśnie, wakacyjną porą, wyruszają w drogę.
1. Jedź pewnie. Na autostradzie nie możesz się wahać. Musisz wiedzieć, czego chcesz.
2. Jeśli się boisz, korzystaj na początku z prawego pasa ruchu. Tam możesz się poruszać z prędkością 90-100 km na godzinę i nikogo to nie zdziwi, choć może irytować siedzącego obok 😉
3. Nie jedź zbyt blisko pojazdu poprzedzającego. Nie wiesz, co może się zdarzyć w tamtym aucie. Ciężarówka zaś wciągnie Cię, dosłownie.
4. Nie bój się jednak ciężarówek, ale bądź ostrożna. Z moich doświadczeń wynika, że najbardziej agresywni kierowcy tirów pochodzą ze Wschodu, i naszego pięknego kraju, niestety.
5. Wyprzedzając jakiekolwiek auto nie podjeżdżaj zbyt blisko niego. Zachowanie odpowiedniej odległości pozwoli Ci na bezstresowe wykonanie manewru wyprzedzania.
6. Zjeżdżając na środkowy pas przy wyprzedzaniu ciężarówki, zachowaj odpowiednią odległość od niej. Ciąg wytwarzany przez tiry zachwieje Twoim autem i możesz stracić panowanie nad kierownicą.
7. Nie przejmuj się, że podczas wyprzedzania i jakiś czas potem poruszasz się wolniej niż inne auta. Miej to w nosie. Jedź i postaraj się jak najszybciej zjechać na wolniejszy pas ruchu.
8. Zjeżdżając na wolniejszy pas ruchu pamiętaj, że musisz odczekać chwilę, nawet jeśli wydaje Ci się, że droga jest pusta. Istnieje pewien martwy punkt, gdzie nie widzisz auta jadącego obok. Poczekaj kilka sekund, aby się upewnić, że możesz wyprzedzać.
9. Wyprzedzający Twoje auto kierowca tira może Cię nie widzieć, właśnie ze względu na ów martwy punkt. Dlatego nie wahaj się trąbić, jeśli zagraża Ci niebezpieczeństwo. Nie zawsze bowiem masz możliwość zjechania na lewy pas ruchu, ze względu na poruszające się po nim auta.
10. Pamiętasz, że zjechać na prawą stronę możesz dopiero, gdy auto, które mijasz zobaczysz w środkowym lusterku? Boczne nie wystarczy. Odległość jest jeszcze zbyt mała, zajeżdżasz drogę innemu kierowcy.
11. Jadąc środkowym albo lewym pasem zachowaj odpowiednią prędkość. Nie musisz przekraczać limitów, ale gdy widzisz, że auta za Tobą jadą szybciej, ustąp im miejsca, zjeżdżając na pas po Twojej prawej. Przed wykonaniem tego manewru, upewnij się, że możesz go wykonać.
12. Na autostradzie generalnie nie wolno hamować. Jeśli zauważysz, że dzieje się coś przed Tobą i auta zwalniają, włącz światła awaryjne i spokojnie zmniejsz prędkość, zmieniając przy tym bieg na niższy.
13. Na autostradzie nie wolno też zawracać. Dlatego jeśli pojedziesz innym pasem niż chciałaś lub zjedziesz nie tym zjazdem, nie denerwuj się. Dalej będzie możliwość powrotu na trasę.
14. Miej oczy i uszy szeroko otwarte. Największe zagrożenie stanowią inni użytkownicy drogi. Czasem mogą nagle wykonać manewr, którego nie powinni i tylko Twoja czujność pozwoli Ci wówczas uniknąć wypadku.
15. Nie zapominaj o okularach przeciwsłonecznych. Potrzebne są nie tylko wiosną i latem. Używasz ich praktycznie zawsze. Zachodzące letnie słońce oślepia wszystkich jadących w jego kierunku. Naprawdę nie widać absolutnie nic i nawet okulary przeciwsłoneczne na niewiele się zdadzą. Jeśli nie czujesz się pewnie, tak zaplanuj trasę, by nie jechać na Zachód wieczorną porą.
16. Kobietom chyba generalnie lepiej prowadzi się w ciągu dnia. Dobrze zaplanuj podróż. Może warto gdzieś przenocować, by nie narażać na niebezpieczeństwo siebie i najbliższych.
17. Nie czekaj do ostatniej chwili z zatankowaniem auta. Może się zdarzyć tak, że nie będzie ani jednej stacji benzynowej przez jakieś 100-150 km. Jest to możliwe na przykład w Belgii.
18. Dziś wszyscy używają nawigacji. Doskonale. Weź jednak ze sobą zwykły atlas drogowy. Usiądź wcześniej i dokładnie przeanalizuj trasę. To dodaje pewności siebie. Wiesz, gdzie jedziesz. Nie oddajesz się całkowicie w macki nowoczesnej techniki, która przecież może zawieść :).
Trochę się tego nazbierało. Ufam, że te praktyczne wskazówki pomogą Wam pokonać każdą trasę. Macie jeszcze jakieś inne, pomocne uwagi na temat jazdy samochodem, którymi chciałybyście się podzielić? Napiszcie o nich w komentarzach.
Szerokiej drogi!
Ps. Teraz jeżdżę starym, czarnym Nissanem Almerą 😉

Trzy lata w Holandii

Anna Gregorowicz MetzPoza granicami Polski mieszkam od sześciu lat. Decyzja o emigracji nie była łatwa, ale wydawała się jedynym sensownym wyjściem. Dwunastoletni związek, ośmioletnie małżeństwo dobiegło końca, a jak to w polskim prawie bywa, musieliśmy nadal mieszkać pod jednym dachem. Sytuacja nie należała do komfortowych. Poza tym nie mogłam utrzymać mieszkania i dziecka z pensji nauczyciela. Tego żałowałam najbardziej – pracy, którą tak kochałam. Umowa na stałe, świeżością pachnący kontrakt nauczyciela mianowanego, jakieś bezpieczeństwo finansowe.
W miejscu, gdzie mieszkałam nie mogłam oddychać. Dzielnie znosiłam spojrzenia, wcale nie ukradkowe, i donosy, i plotki. Myślę, że każdy w mojej sytuacji chciałby zmienić klimat. Skończyłam więc kurs dla nauczycieli języka polskiego jako obcego i czekałam na zmianę. Nie było łatwo, moja wymarzona Francja okazała się nieosiągalna. Francuski był moim drugim językiem, ale romanistyki nie studiowałam, więc nie. Już pogodziłam się z myślą, że muszę poczekać jeszcze rok, gdy niespodziewanie zadzwonił telefon. Lektorka z Gandawy zrezygnowała z pracy. Nie zastanawiałam się ani chwili. Po miesiącu miałam już zarezerwowane mieszkanie i znalezioną szkołę dla Syna, bo on wyruszał oczywiście ze mną. Nowy świat, nowe wyzwania. Belgia. Gandawa. O Gandawie wiedziałam tylko tyle, że w katedrze St. Bavo znajduje się ołtarz Adoracja Mistycznego Baranka braci van Eycków. Tam czekało na nas Przeznaczenie, które przywiodło nas do Holandii.
Trzy lata spędzone w Belgii to czas nauki. Nauki w każdym znaczeniu tego słowa. Nauki o sobie, o Synu, o otaczającym świecie, o ludziach, o dobru i złu. Jestem bardzo wdzięczna losowi za ten czas. Bez tych doświadczeń nie mogłabym ruszyć z miejsca. Nie powiem, że nie tęskniłam. Nie za Polską, nie gniewajcie się. Z Rodzicami i Siostrą rozmawiam praktycznie codziennie, często mnie odwiedzają, więc tęsknoty nie ma. Na początku tęskniłam za moją pracą. Byłam przerażona nowym wyzwaniem – uczenie studentów slawistyki, Belgów, języka polskiego. Nigdy tego nie robiłam, poza kilkoma godzinami praktyk i byłam naprawdę przerażona. Pamiętam sen, sen o moim liceum w Toruniu. Pierwszy dzień szkoły, ja radosna, młodzież też. Deklamuję wszystkie lektury w klasie pierwszej. Tak, deklamuję, z poczuciem takiego szczęścia. Wiem, co mam powiedzieć, siódmy rok pracy. Wszystko znam doskonale. Dwie praktykantki czekają na polecenia. Poczucie odprężenia i spełnienia. Cudowny sen! I rzeczywistość. Wszystko nowe, nikogo nie znam. Język, którego nie rozumiem. Dzięki Bogu znałam już francuski, chociaż musicie wiedzieć, że mieszkańcy Flandrii za francuskim nie przepadają i nie raz usłyszałam, że mogłabym już nauczyć się niderlandzkiego, skoro przyjechałam tu pracować. Wyobrażenie o Polakach mniej więcej jak wszędzie. Na szczęście od dłuższego czasu, nie przejmowałam się tym, co kto o mnie myśli. Irytowało mnie tylko zachowanie starszych pań. Gdyby nie kolega z wydziału nie znalazłabym mieszkania, bo kto zaufa Polce czy Polakowi, który w dodatku dopiero co pojawił się w kraju? Tęskniłam za Przyjaciółkami, mam dwie, ale rozmawiam z nimi średnio raz na pół roku, więc w zasadzie nic się nie zmieniło.
Pokochałam moją nową pracę, kontakt ze studentami. Kilkoro z nich pracuje lub przebywa obecnie w Polsce. Jestem z nich bardzo dumna. Mieliśmy z Synem szczęście do szkoły, która okazała się rewelacyjna. Syn uwielbiał tam chodzić i szybko nauczył się języka niderlandzkiego. Ja w końcu też. W Gandawie czekał na mnie Mąż, który okazał się brakującym ogniwem. Gdy wkroczył w nasze życie, oboje z Synem mieliśmy wrażenie, jakby zawsze był. I wtedy przyszła oferta nowej pracy dla Męża. Sama go zachęcałam, by składał podanie. Złożył, ale nie bardzo wierzył, że tę pracę dostanie. Do prowadzenia wykładu podszedł więc na luzie i …. wygrał konkurs. Trasa Gandawa – Amsterdam to 3 godziny podróży pociągiem w jedną stronę, przy dobrych wiatrach oczywiście. Pojawiła się więc myśl, a potem decyzja o przeprowadzce. Nie martwiłam się jakoś bardzo, choć obie prace, w między czasie zaczęłam pracować w szkole europejskiej, musiałam pozostawić za sobą. O dojazdach nie było mowy. Za dużo godzin zajęć, by wszystko dobrze zgrać z pociągami, a te często spóźniają się o godzinę, więc nie było sensu. Do szkoły europejskiej dojeżdżałam jeszcze przez rok, dopóki mój ciążowy brzuch nie stanął między mną a kierownicą :).
W Holandii wszystko jest inne niż w Belgii. Język niby ten sam. Różnice to głównie akcent i znaczenie niektórych słów. I nie, flamandzki to nie jest oficjalny język Flandrii, jest nim niderlandzki. Flamandzki to dialekt. Dzieci w szkole uczą się niderlandzkiego. Po flamandzku może rozmawiają z rodzicami w domu, ale nie w szkole. Zatem akcent, z powodu którego wszyscy tu myślą, że jestem z Belgii. (Zawsze sprostowuję tę pomyłkę, co wprawia rozmówców w osłupienie.). Różne jest także znaczenie słów, co czasem może prowadzić do zabawnych sytuacji. Kiedy w Belgii powiesz „poep” (pup) wszyscy wiedzą, że to pupa. Gdy chcesz tego słowa, w tym znaczeniu, użyć w Holandii, możesz się nieco zdziwić. W Holandii bowiem „poep” oznacza kupę. 🙂 Tu mówią „kopje”, tam „tas” (filiżanka). I tak dalej. (Napiszę jeszcze o tym, inaczej cały post zdominuje język).
Inni są ludzie, tu bardziej otwarci, chcą wszystko o tobie wiedzieć, tam nawet po dwuletniej znajomości nie zaproszą cię do domu na kawę. Inna mentalność. Belgowie żyją dobrze. Nie przejmują się za bardzo pieniędzmi. W Holandii musisz dobrze szukać, zanim znajdziesz sklep z dużymi opakowaniami proszku. Wszyscy liczą centy i nawet w piekarni informują cię, że „ten chleb jest drogi”. Chyba wynika to z protestanckiej tradycji. Inne są podatki. Jest ich tu mnóstwo. Inna opieka zdrowotna. Za połowę ceny, którą teraz płacimy miesięcznie, w Belgii nasza rodzina mogła korzystać z usług służby zdrowia przez cały rok. Inne szkoły, głównie duże i przepełnione. To co ja tu robię?
Mieszkam. Staram się poukładać świat wokół jak najlepiej potrafię. Na początku zajęta byłam rozpakowywaniem i układaniem, urządzaniem. Zmaganiami ze szkołą Syna. Trenowaniem lekarza rodzinnego. Poznawaniem dzielnicy i miasta. Szukaniem pracy. Szybko okazało się, że nie jest to takie proste. Nigdzie, nic. NIC. Byłam rozgoryczona. Na co mi te dziewięć lat studiów, skoro nijak ich tutaj nie mogę wykorzystać? Wysyłasz podanie i dostajesz e-mail, że jest 200 kandydatów na to miejsce! Można się wściec! Albo poryczeć. Najpierw ryczałam. Potem szukałam dalej. Przyglądałam się Holendrom. Zauważyłam, że nie przejmują się zbytnio. Studiują właściwie w każdym wieku. Robią dodatkowe szkolenia, kursy, poszerzają wykształcenie. To mi się tutaj bardzo podoba. Zawsze lubiłam się uczyć!
Po kilku miesiącach trafiłam na panią Teresę i dostałam pracę. Znów się bałam, bo przecież to nowe wyzwanie – uczenie Polaków języka niderlandzkiego. Na szczęście talent pedagogiczny odnalazł swoje zastosowanie, a ja znów mogłam realizować swoje życiowe powołanie – uczyć. Trwało to 10 miesięcy, bo cudem, dosłownie, zaszłam w ciążę: Synek i Syn wypełnili mój czas. Kilka miesięcy temu reaktywowałam działalność mojej malutkiej firmy. Troszeczkę uczę, troszkę tłumaczę, trochę piszę i ku chwale ojczyzny wspieram działalność nowiutkiej Sekcji Polskiej w holenderskim stowarzyszeniu nauczycieli języków Levende Talen.
Człowiek uczy się przez całe życie. To prawda. Przez trzy lata w Holandii nauczyłam się baaaaaaaardzo dużo o stosunkach międzyludzkich, o biznesie, marketingu, psychologii, tłumaczeniu i obsłudze mediów społecznościowych. Spotkałam ludzi, którzy mnie przerażali, których unikam, których podziwiam i takich, z którymi chętnie się zaprzyjaźnię. Uczę się każdego dnia.

Jak pisać bloga?

Sergey Zolkin unsplash

Sergey Zolkin unsplash

W ostatnich miesiącach wiele razy zadawałam sobie to pytanie. Od kilku tygodni zamęczam Anię, by podzieliła się ze mną wiedzą na temat różnych technicznych sztuczek, co zresztą robi i za co jestem Jej bardzo wdzięczna. Sama siedzę godzinami naprawiając coś, szukając zdjęć, przekształcając. Pisanie bloga to bardzo wciągające zajęcie, może zamienić się w piękną pasję i pochłonąć bez reszty. Interesująca perspektywa, której nie mogę się jednak poddać, gdyż życie codzienne ucierpiałoby na tym niemiłosiernie. 🙂
Nie martwi mnie jednak czas, ale fakt, że najlepsze pomysły na posty przychodzą do głowy w najmniej spodziewanym momencie. A to kiedy właśnie karmisz piersią, a to, gdy jesteś w centrum miasta i sama pchasz przed sobą wózek, a to gdy właśnie bierzesz prysznic, a to gdy już absolutnie musisz zasnąć, bo prawie 3 rano. Gdy siedzisz na fotelu u dentysty, odkurzasz, gotujesz czy prowadzisz samochód.
Wszystko byłoby dobrze, bo świat okazuje się niewyczerpanym źródłem inspiracji i nowe wpisy mogłyby powstawać nawet kilka razy dziennie, gdyby nie fakt, że myśli o nich uciekają. Przecież nie staniesz na środku ulicy i nie zaczniesz pisać? A może właśnie tak? Jak zapamiętujecie wszystkie Wasze pomysły, by móc je potem przelać na strony bloga?
Próbowałam już wszystkiego. Noszę ze sobą notesik na zapisywanie tych ulotnych myśli. Niestety nie zawsze mam możliwość, by je spisać, a po jakimś czasie, odsuwają się w zapomnienie przytłoczone robieniem zakupów, usypianiem, robieniem prania, prasowaniem, gotowaniem czy sprzątaniem. Albo ich czar mija, no bo po co pisać o jakiejś rocznicy, skoro termin minął? Albo padasz ze zmęczenia i już Ci się nic nie chce.
Kupiłam też dyktafon, daaaaawno temu. Niestety właściwie nigdy go nie używam, bo to jest jeszcze mniej praktyczne niż notesik. Po pierwsze trzeba nosić ze sobą kolejny aparat, a tobra przy spacerówce i tak wygląda jakby siedział w niej słoń. Po drugie, jak stanąć na środku chodnika i gadać coś do aparatu trzymanego w ręku? Pomijam już fakt, że zwykle nie jesteś sama i akrobacje tego typu stają się wówczas jeszcze mniej prawdopodobne.
Jak zatem? Jak pisać, jak to robić, by nie stracić z oczu tych wszystkich wątków, które plączą się po głowie i koniecznie chcą pokazać się światu? Jakieś sugestie?

Pamiętam

Foto Aaron Burden/unsplash

Foto Aaron Burden/unsplash

Dziś flagi na masztach Holandii opuszczone są do połowy. Jakoś cicho. Rok temu, nasz pierwszy dzień wakacji w Polsce. Po szesnastu godzinach podróży nocnym pociągiem, w małym trzyosobowym przedziale, z dwójką dzieci (jedno 7 miesięcy), Mężem i liniejącym Goldenem, kolejnej podróży wypożyczonym przez tatę busem dotarliśmy do domu rodziców. Trzydziestostopniowe upały nie zachęcały do spacerów. 17 lipca 2014, nieco po 17stej. Wszystkie kanały informacyjne grzmią złowieszczo o czymś, czego chyba nikt z nas się nie spodziewał – zginęło prawie 300 osób… na Ukrainie… atak rakietowy…

Siedziałam na kanapie i nie mogłam ruszyć się z miejsca. Jak to? Niemożliwe. To przecież niemożliwe. Łzy płynęły mi po policzkach, nie pytając o pozwolenie. Mąż przytulił mnie mocno. „Ja już nie chcę na wakacje. Chcę wracać. Chcę być blisko tych, których serca przeszywa ból po stracie najbliższych” – poinformowałam Męża. Uspokoił mnie trochę, ale radość z pobytu w Polsce, której wiele lat nie widziałam, prysła. Każdego dnia śledziłam informacje, korzystając z aplikacji holenderskiej telewizji NOS. Każdego dnia płakałam. Nie, nikt z moich znajomych nie zginął w tej katastrofie. Jednak nie mogłam swobodnie oddychać, a moje gardło było cały czas ściśnięte.

Oni już nic nie czuli. Czytali, rozmawiali, spali, uśmiechały się do nich dzieci, te siedzące obok i te trzymane na kolanach… W jednej chwili to wszystko zostało im zabrane. Zabrane też tym, którzy pozostali, by opłakiwać ich stratę. Jestem dziś razem z Wami, Wami, którzy patrzycie na nas w błękicie nieba, i Wami, którzy nadal nie możecie uwierzyć, że STAŁO SIę.

Nocne potyczki

Josee Holland

Foto Josee Holland

Około 23.00 obudził się Synek, co było do przewidzenia, bo spał już od 18.00. Pobiegłam więc z cycusiem (tak, nadal karmię piersią, o tym w innym poście). Niestety tym razem magiczna moc cycusia nie zadziałała. Śpiący wzrok Synka skupił się na plakacie przedstawiającym zwierzęta w gospodarstwie. „Kakać”, usłyszałam. („Kakać” oznacza kaczkę i ptaka, jedno z niewielu słów po polsku, które wymawia Synek, o tym też potem). „Tak – powiedziałam – przytul się syneczku”. „Mee”, usłyszałam. „Tak, choć, przytul się do mamusi”. „Mau” – powiedział Synek. „Tak kochanie, chodź”. „Buuu” – powiedział Synek. („Boe” mówi po niderlandzku krowa ;)). Zdałam sobie sprawę, że z natychmiastowego zaśnięcia nici. „Mężuuuu” – zawołałam i mój Rycerz przybył na ratunek. W ruch poszły książeczki, cichutko czytane przy dźwiękach kołysanek. Po trzech książeczkach rozległ się płacz. „Maaaaaaa!”. No cóż, książeczki nie pomogły. Cycuś w akcji. Głowa na poduszce na prawym przedramieniu, cycuś w buzi, bujanie, kołderka, OK. Oczki Synka delikatnie się zamykają. Prawie, prawie… Nie! Po 10 minutach bujania zrobiło się za gorąco. „Kakać nie!” (na kołderce są sówki). Ok, bez kakacia, tylko poduszka na prawym przedramieniu mamy, cycuś w buzi, prawa noga Synka na lewym przedramieniu mamusi, bujanie…. Po 10 minutach już prawie, prawie. Gorąco. Postanawiam odłożyć Synka do łóżeczka, ryzykując ten manewr płaczem rozpaczliwym. Płaczu nie ma. Synek wykończony. Jeszcze ostatnie spojrzenie na plakat z gospodarstwem wiszący na przeciwko łóżeczka, na drzwiach. Mama masuje delikatnie stópkę, oczki się zamykają. Wracam do biurka. 00.10. „śpi?” – pyta Mąż. „Nie jestem pewna”. Siadam za biurkiem. Otwieram nowy dokument, by spisać myśli, „eeeee” – woła Synek. Wstaję od biurka nieco poirytowana. „Synku, śpij proszę”, biorę go na ręce, przytulam, siadając w fotelu obok łóżeczka. „Dzyyy” – mówi Synek. („dzyyy” oznacza cycusia ;)) „No dobrze”. Poduszeczka na lewym przedramieniu, główka na poduszeczce, lewy cycuś w buzi, lewa noga na prawym przedramieniu, bujanie…. po kilku minutach nadal nie śpi… postanawiam odłożyć Synka do łóżeczka, delikatnie gładzę jego główkę. Zasnął. Śpi 22 minuty. O 2.00 kolejna pobudka 🙂