Archive | Wrzesień 2015

Alfabet mojej emigracji – E jak Mąż :)

The House of Eliott Foto: zouropi.com

The House of Eliott Foto: youropi.com

Mój Mąż ma na imię E. Chciał być tajemniczy, więc niech tak zostanie :). Poznałam go drugiego dnia pobytu w Belgii, był koniec sierpnia. Weszłam do gabinetu, nazwijmy go „polonistów”, i tam siedział, lekko zgarbiony za swoim biurkiem. Gdy moje oczy ujrzały tę chudą, długą, odzianą w ciemny, porozciągany sweter postać, mój duch wiedział już, że patrzy na moją Przyszłość. Wypytałam o Niego Czeszkę, która patrzyła na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Niestety nie wiedziała czy jest sam. Ja nie mogłam tak od razu wypalić, więc odwiesiłam pytanie na kołek i żyłam. Wtedy z całą pewnością nie byłam na E. gotowa. Mój Rycerz na białym koniu pomagał mi ciągle, głównie pożyczając pieniądze na zaliczkę za mieszkanie i zakupienie jakichś łóżek do mieszkania. Wiedział, że nie mogę mu oddać natychmiast, ale nie zadawał pytań. Wyjeżdżał na konferencje, wracał, prowadził zajęcia i delikatnie się uśmiechał.
Nadszedł styczeń, a dla mnie stało się jasne, że czas pożegnać Francuza. Wyprowadził się na początku lutego. Przyleciał mój Tata, żeby nam nie było samotnie i smutno. Tatuś, jestem Ci za to bardzo wdzięczna! Robiłam porządki w mieszkaniu i w życiu. Wyrywałam chwasty. Przygotowywałam grunt.
Pewnego dnia pod koniec marca stałam przy faksie w sekretariacie. Kolejny raz wysyłałam listę moich książek, o które w trakcie rozprawy o podział majątku dopominał się ojciec Syna. Pozostawię to bez komentarza. Do pokoju wszedł E. w poszukiwaniu jakichś papierów czy książki, nie możemy sobie przypomnieć :). Powiedziałam wtedy, że faceci są okropni, a on chyba jest tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jak zwykle uśmiechnął się delikatnie. 🙂 W końcu wypaliłam: „E. czy Ty przypadkiem nie szukasz żony?”. Zaczął się śmiać. „Tak, szukam!”. Ta odpowiedź zaskoczyła z kolei mnie! „Zatem jestem kandydatką numer jeden!”. Znów śmiech. Jak się potem okazało, E. myślał o kobiecie, nie o żonie. Kobieta po czesku to žena :). No tośmy się dogadali!
Chwilę potem zaprosiłam go na kawę, w ramach podziękowania za dotychczasową pomoc. Zgodził się, a ja już wiedziałam. Kawa zamieniła się w lunch w rewelacyjnej restauracyjce, prowadzonej przez uroczych gejów w centrum Gandawy. Kiedy usiedliśmy i podano nam białe wino, powiedziałam mu wprost, że wiem co do mnie czuje i proponuję, byśmy sobie dali szansę. Zgodził się znowu. Łaziliśmy długo pięknymi, gotyckimi uliczkami aż nadeszła pora kolacji.
Syn został w domu z moim Tatą. Tata odchodził od zmysłów, bo oczywiście nie zadzwoniłam, by go uprzedzić, że lunch się nieco wydłużył. Gdy jednak E. otworzył usta, a Tata usłyszał język polski, jego złość odpłynęła daleko, ustąpiła miejsca radości. E. natychmiast także stał się częścią życia Syna, zupełnie, jakby zawsze był. Miałam wrażenie, że świat przestał wirować, że chwila trwa, a ja stoję i obserwuję wszystko w zwolnionym tempie. To poczucie dopełnienia, jakie miałam w tamtym momencie nadal trwa.
Zgodnie z życzeniem E., ślub wzięliśmy w Polsce, w listopadzie. Sprowadziliśmy rodzinę E. i naszych belgijskich przyjaciół. Mama miała pełen dom i była w swoim żywiole, a oni poznali, oj poznali, polską gościnność! Dzięki Mamuś!
Nie, nasze życie nie jest oświeceniową sielanką. Codziennie zmagamy się z przeciwnościami, doświadczyliśmy dwukrotnie najgorszego rodzaju żałoby. Jednak właśnie te trudne sytuacje pokazują, że zawsze i wszędzie mogę na E. liczyć. Jest przy mnie i dla mnie. Jest dla dzieci, gdy te go potrzebują. Nic innego nie ma wówczas znaczenia. Wiem, że jestem na dobrej drodze, u boku właściwego człowieka. Nikt inny by ze mną nie wytrzymał!

Reklamy

Alfabet mojej emigracji – D jak Czuję, że jestem w domu

Foto: Jesse Vermeulen Unsplash

Foto: Jesse Vermeulen Unsplash

Też miałyście/mieliście „od zawsze” marzenia o pięknym domu, z kominkiem i dużym ogrodem, tradycyjnymi świętami Bożego Narodzenia, na które zjeżdża się cała rodzina, ciepłym światłem świec, porządkiem, mimo biegającej wokół gromadki dzieci i uśmiechami na twarzach wszystkich zgromadzonych? Ja miałam, chyba pod wpływem amerykańskich filmów, gdzie zawsze w czasie świąt rodziny są lub starają się być RAZEM. Myślałam, że to mój idealny dom, przystań dla wszystkich szukających schronienia.
Dom Rodziców opuściłam, jak większość ludzi z mojego pokolenia, w dniu, gdy poszłam na studia. Wracałam tam jeszcze co 2-3 tygodnie z wizytą, przyjeżdżałam na święta itp. Jednak to nie był mój dom, to dom moich Rodziców. Długo szukałam domu dla mnie. Najpierw w Toruniu, mieszkając siedem lat w akademiku, potem półtora roku, wynajmując pokój w mieszkaniu, potem na wsi pod Toruniem, zmuszając Mamę do zaciągnięcia kredytu, który nadal na Nią wisi, mimo że ja już tam dawno nie mieszkam, a ktoś, kto sprawy uregulować powinien, wymiguje się jak może.
Dom znalazłam na emigracji. Nie mam tu na myśli budynku, bo ten nie jest dla mnie najistotniejszy. Chodzi o zupełnie inny rodzaj domu. Ale najpierw… W Gandawie wynajmowałam mieszkanie, bardzo wygodne, dwie minuty do pracy, pięć do szkoły Syna. Wiedziałam jednak, że to nie jest nasze ostateczne miejsce pobytu. Potem wynajmowaliśmy dom, ponieważ ponad sześćdziesiąt kartonów z książkami Męża jakoś nie chciało się w małej, sześćdziesięcio metrowej, przestrzeni pomieścić. Tamten dom nie był jednak naszym domem. Czułam to od początku, tak samo jak wiedziałam, że tam nie może przyjść na świat nasze dziecko. Takie dziwne, nazwijmy to, przeczucia. W Haarlemie też mamy mieszkanie i mieści ono nas i nasze rzeczy, nadal mieści, choć nie wiem, jak długo :). Wciąż czuję, że przeprowadzka przed nami, co najmniej jeszcze jedna. Nie wiem gdzie i kiedy, ale tkwi tam gdzieś, zawieszona w czasoprzestrzeni i czeka na właściwy moment.
Już… Dom znalazłam na emigracji w Mężu. Dziwnie to brzmi, jak się to czyta. Można znaleźć w kimś oparcie, ja znalazłam DOM. Kiedy zaczęliśmy się spotykać stało się coś dziwnego. Trochę jak w bajce wszystko znalazło się na właściwym miejscu. Dla Syna Mąż stał się Tatą, zupełnie jakby zawsze był, nie było zazdrości, kłótni, płaczu. Była za to pełna akceptacja i dziecięca miłość. Kiedy zaczęliśmy się spotykać ja w końcu przestałam szukać. Przestałam szukać i przestałam się miotać. Pamiętam, jak powiedziałam, wtedy jeszcze nie Mężowi, na samym początku naszej relacji, że wreszcie czuję, że jestem w domu, mogę złożyć broń i przestać walczyć o przetrwanie, o życie, o Syna, o siebie. Byłam tam, gdzie przez trzydzieści cztery lata próbowałam się znaleźć. Mogłam być sobą. Sobą. Wiedziałam, że znalazłam moją przysłowiową bezpieczną przystań. Kilka dni temu Syn podszedł do nas, przytulił nas i powiedział: „Wiecie, kocham was, bardzo was kocham”. Takie sytuacje nie zdarzają się nam często, więc ze łzami w oczach staliśmy przytuleni jeszcze dłuższą chwilę. „My Ciebie też”.

Jeśli macie ochotę poznać emigracyjne refleksje innych członkiń Klubu Polek na Obczyźnie, zajrzyjcie tutaj.

Alfabet mojej emigracji – C jak Polka w ciąży

Zdjęcie po wyjściu, przed ponownym wejściem. Jadę do domku :)

Zdjęcie po wyjściu, przed ponownym wejściem. Jadę do domku 🙂

Ciąża w Holandii to temat na tyle osobliwy i dla mojej emigracji niezwykle istotny, że postanowiłam poświęcić mu tekst w tymże projekcie. Pisało mi się wyjątkowo trudno. Może dlatego, że przez łzy smutku i radości, a może z powodu ilości informacji, które chciałam tu zmieścić, a przecież się nie da. A może po prostu, ponieważ nadal jest to temat żywy i nijak nie daje się uporządkować.
Być w ciąży w Holandii to wyczyn nie lada! Przynajmniej w moich oczach Polki i przeinformowanej fanatyczki wiedzy, którą różne służby medyczne podejrzewają o ukończenie medycyny :). Kiedy zorientowałam się, że noszę w sobie życie byliśmy właśnie na weekend w Belgii. Był koniec kwietnia, a jeszcze w styczniu opuszczałam gabinet lekarski z dźwiękiem dziesięciu procent szans w uszach. Wiedziałam, że to prawda, miałam do czynienia ze światowej klasy specjalistą, któremu bezgranicznie ufałam. Pojechałam do Niego z wizytą z Holandii w połowie maja. „Silny sześciotygodniowy płód” – słowa lekarza brzmiały jak mantra, przedzierając się przez dźwięk uderzeń serca Synka. Ja czułam głęboko radość, ale i paraliżujący strach, który odbierał mi oddech. Po wyjściu z gabinetu długo siedziałam w aucie, by dojść do siebie. Miałam przed sobą trzy godziny jazdy samochodem i tyleż samo czasu na samotne myślenie. Ufałam, ale i bałam się. Najpierw żyłam z tygodnia na tydzień. Minęło sześć, uff, minęło osiem, uff, minęło dwanaście i dwie kolejne wizyty w Gandawie. Uświadomiły mi one, że dojazdy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze, więc warto się zdecydować na ginekologa na miejscu. Wiedziałam już, że wszyscy specjaliści są dostępni tylko i wyłącznie za pośrednictwem lekarza rodzinnego (nid. huisarts). Zupełnie inaczej niż w Belgii. Belgia pod tym względem przypomina Polskę, chociaż teraz wprowadza się coraz bardziej restrykcyjne przepisy, aby uniknąć tłumów i kolejek do specjalistów. Nadal jednak można tam pójść sobie do prywatnego gabinetu ginekologicznego, czego w Holandii nawet ze świeczką nie znajdziesz. Nie licząc jakichś polskich kwiatków, ale na ten temat wolę się nie wypowiadać. Nigdy nie byłam u polskiego lekarza za granicą i nie wybieram się. Nie powiem, miałam kontakt z gastrologiem mówiącym po polsku, ze względu na żonę Polkę. W każdym razie w Holandii specjalistów można znaleźć tylko w szpitalach lub czymś w rodzaju przychodni specjalistycznej, ale nawet tam potrzebne jest skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu.
A zatem huisarts. Mój wysłuchuje mnie uważnie, nauczony doświadczeniem :). Skierowanie dostałam, ale do POŁOżNEJ! Nawet się już nie kłóciłam. Poszłam. W Holandii to właśnie położna (nid. verloskundige) jest pierwszym, i często ostatnim, opiekunem Twojej ciąży. Wiele porodów odbywa się w domu, a w szpitalu, jeżeli nie ma komplikacji, lekarz przychodzi tylko na koniec, by sprawdzić co i jak. Przyzwyczajona do tego, że w Polsce położną ogląda się zwykle raz w miesiącu, podczas wizyty u ginekologa, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że to położna, bo zajmuje się głównie ważeniem, mierzeniem ciśnienia i wywiadem, z duszą na ramieniu szłam na spotkanie z nieznanym.
Położna była na początku bardzo pewna siebie, chciała uświadomić tę Polkę jak to tu jest w tej Holandii :). Nie ona jedna nota bene. Jednak, po usłyszeniu mojego wywiadu, skierowała mnie natychmiast do ginekologa. Uff. W tym momencie cieszyłam się, że miałam za sobą dramatyczne przejścia, bo one umożliwiły mi stałą opiekę specjalisty i możliwość wyboru cesarskiego cięcia.
Poszperałam w internecie i znalazłam lekarkę, której badania naukowe koncentrowały się między innymi wokół nadciśnienia tętniczego u ciężarnych. Jestem bardzo zadowolona z wyboru i śmiało mogę powiedzieć, że dzięki mojej Pani doktor i kilku położnym w szpitalu, udało mi się przetrwać tę ciążę i nie zwariować. Tu muszę uświadomić nieświadomym, że bycie pod kontrolą jednego lekarza nie jest zjawiskiem oczywistym w kraju tulipanów, nie tak jak w Polsce czy Belgii. W Holandii, jak nie masz szczęścia albo nie umiesz otworzyć buzi, za każdym razem trafiasz do innego ginekologa!
Ciąża trwa przeciętnie, jak wiadomo, dziewięć miesięcy. Na początku spotykasz się z lekarzem/ położną co miesiąc, pod koniec co dwa tygodnie, podobnie jak w Polsce. Masz prawo do badań prenatalnych, a jeśli szczęśliwie ukończyłaś trzydziesty szósty rok życia są one finansowane przez holenderski system zdrowotny. Masz prawo do trzech USG: pierwsze w celu ustalenia wieku ciąży, drugie w celu wykrycia ewentualnych nieprawidłowości i poznania płci, trzecie, by poznać ułożenie dziecka kilka tygodni przed rozwiązaniem i czasem czwarte, tuż przed porodem.
Nie jestem w stanie podać liczby USG, jakie miałam podczas ciąży. Niektóre trwały dwie minuty, inne pół godziny. Oczywiście nie zaleca się ilości niezliczonych, jednak tak naprawdę przy rozwoju współczesnej techniki nie ma badań na temat szkodliwości USG, więc odczepić się!
Nie mam pojęcia ile razy, podłączona do KTG, wsłuchiwałam się w bicie serca Synka po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że z Nim wszystko w porządku i tylko ja, nauczona tragicznymi doświadczeniami, odchodzę od zmysłów. W pewnym momencie cudowna położna wpadła na genialny pomysł i umożliwiła mi codzienne podsłuchiwanie. Chodziłam do szpitala z radością. Mogę świadomie powiedzieć, że na kilka miesięcy stał się on moim drugim domem. Cieszyłam się z tych codziennych wizyt, mimo, że brzuch stawał się ogromny!
Pewnej niedzieli, na cztery dni przed wyznaczonym terminem cesarki, poszłam, wyszłam, wróciłam i zostałam. Tętno Synka było bardzo wysokie, a ja miałam jakieś dziwne skurcze, regularnie co 5 minut. Ponieważ nic innego się nie działo, przypięły mnie dziewczyny do KTG i tak półleżąc, nie mrużąc prawie oczu, czekałam na ósmą rano, prosząc Synka, by wytrzymał do wizyty naszej Pani doktor. Wytrzymał. Czekaliśmy jeszcze potem w tej samej pozycji do piętnastej! Miałam ogromne szczęście, bo moja lekarz zaczynała właśnie dwudziestoczterogodzinny dyżur i oznajmiła mi „To dziś, urodziny mojej siostry i pani synka”. Dobrze. No dobrze. Wiedziałam, że tak. Jakoś tam byłam przygotowana, bo przecież miało się stać, ale dopiero za cztery dni! Miałam czas! Tata miał przylecieć dopiero w środę, a tu dziś poniedziałek! Mąż znalazł zastępstwo na egzaminy ze studentami, Syn został z opiekunką, która na szczęście mogła z Nim spędzić cały dzień, a ja czekałam na swoją kolejkę poza kolejką, bo przecież nie byłam zaplanowana na ten poniedziałek! W końcu o piętnastej po nas przysłano, a o szesnastej usłyszałam krzyk i zobaczyłam z utęsknieniem wyczekiwanego Synka i Braciszka. Jest!
Pobyt w szpitalu po cesarce trwa stanowczo za krótko! Wyprosiłam, by zamiast w trzeciej dobie, wyjść ze szpitala w czwartej. Udało się. Wolałam być tam, niż w domowym ciepełku, bo wszystko mnie bolało, nie mogłam się ruszać, a co dopiero zajmować niemowlęciem! I tu z pomocą kobietom w Holandii przychodzi jedyny w swoim rodzaju i nigdzie na świecie nieobecny, jak się nie mylę, poprawcie mnie, wynalazek, jakim jest opieka poporodowa nad matką i dzieckiem w domu (nid. kraamzorg). Ta, finansowana przez ubezpieczenie podstawowe, pomoc trwa od 8 do 10 dni i polega na obecności w domu, przez około osiem godzin dziennie, obcej kobiety, która przynosi, przebiera, kąpie dziecko, sprząta łazienkę i WC oraz nawet coś tam gotuje dla innych dzieci i prasuje ubranka matki i dziecka. Poza tym kontroluje stan zdrowia i robi mnóstwo notatek. Dobrze by było, gdyby ta pani była świetną, równą babką, pasującą do matki temperamentem. Nasza doprowadzała do szału nawet Męża, który jest nad wyraz spokojnym i opanowanym człowiekiem. Pod koniec, gdy słyszał „wij adviseren…”, co znaczy „my zalecamy..” na Jego twarzy pojawiał się dziwny grymas i miałam wrażenie, że chce panią wypchnąć za drzwi. W końcu i ja nie mogłam się doczekać, kiedy zniknie i wreszcie będę mogła sama kąpać moje dziecko, które, gdy to nastąpiło, przestało nagle płakać podczas kąpieli i przebierania! No cóż. Ja chyba jestem baaaardzo wymagająca jeśli chodzi o takie sprawy i następnym razem na pewno znajdę inny kraamzorg, a opiekunkę poporodową (nid. kraamverzorgster) wybiorę sobie sama, żądając uprzedniej wizyty w celu poznania :).
Byłam przerażona w pierwszych tygodniach po porodzie, ponieważ wszystkie doświadczenia związane z tą ciążą, porodem, opieką nad maluszkiem, przeżywałam po raz pierwszy. Gdy przyszedł na świat Syn, spędziliśmy miesiąc w szpitalu i wszystkie zabiegi pielęgnacyjne, łącznie z odpadaniem pępka, były mi obce. Wyszłam wtedy ze szpitala z maleńkim, ale już miesięcznym chłopczykiem i na własnych nogach, a nie na wózku.
Nie było łatwo. Drugie dziecko sprawiło, że mój organizm, moja psychika i cały świat wokół nas przeszły prawdziwą rewolucję! Ta rewolucja trwa. Jestem świadomą i silną kobietą, nadmiernie troskliwą, ale pracującą nad sobą matką i, według Męża, ciepłą i wyrozumiałą żoną. Staramy się zapanować nad wybujałymi pędami naszych latorośli i uczynić ich drogę z nami, jak najbardziej owocną, atrakcyjną i spokojną. Nie zawsze się to udaje, a nasze życie rozrasta się często w trudnych kierunkach, ale zawsze jesteśmy razem. Dzięki temu i sile, jaka nas połączyła przetrwamy wszystko. Głęboko w to wierzę.

Jeśli macie ochotę poznać emigracyjne refleksje innych członkiń Klubu Polek na Obczyźnie, zajrzyjcie tutaj.

Alfabet mojej emigracji – B jak Belgia, België, Belgique

Moja droga do Belgii biegła przez Francję, gdzie razem z Synem spędziliśmy wakacje letnie w 2009 roku. Fiatem Uno, obładowanym bagażami tak, że ledwo wcisnęliśmy z Synem samych siebie, ruszyliśmy, niestety nie o świcie, w podróż, która miała zakończyć się dla nas przyjazdem na miejsce po około dziewięciu godzinach, a zakończyła się dotarciem pod osłoną nocy po kilkunastu godzinach spędzonych za kółkiem.
Wyjeżdżaliśmy z Synem z południa Francji. Piękne górzyste okolice, które już jednak, po dwóch spędzonych tam miesiącach sielanki, chciało się opuszczać.

Bourdeaux

Z nadzieją, ale i lękiem w sercu, ruszaliśmy w dla nas nieznane. Na autostradzie stosowałam się pilnie do wyrytych w mej głowie wskazówek, pozostawionego we Francji Francuza. Przydały się. Zatrzymywaliśmy się co dwie godziny, prostowaliśmy nasze nogi, robiliśmy siusiu i przegryzaliśmy coś od czasu do czasu. Piłam dużo kawy, która już wkrótce miała się okazać moją najlepszą przyjaciółką. Wypiłam też wtedy po raz pierwszy w życiu Redbull. Skrzydeł mi nie dodał, ale energii i przytomności owszem. Na każdej stacji benzynowej wypatrywaliśmy mapy Gandawy, bo niestety nie była ona dostępna w Polsce. Jak się szybko okazało, nie można jej było znaleźć także we Francji.
Kiedy znaleźliśmy się w Belgii było już zupełnie ciemno. Przywitały mnie światła na autostradach, belgijski wynalazek, który niestety chcą znieść ze względu na kryzys energetyczny. Te światła na autostradach były dla mnie wtedy bardzo miłą niespodzianką, ponieważ nie znoszę podróżować w ciemnościach. Świat wygląda wówczas zupełnie inaczej niż za dnia, inne wydają się odległości, wszystko jest jakieś bardziej przerażające. Gandawa wydawała się niezwykle odległą, mimo że od przekroczenia granicy mieliśmy jeszcze jakieś sto kilometrów do celu. Najgorsze było to, że przez te 100 km nigdzie nie było stacji benzynowej! Nigdzie! A ja nieszczęsna liczyłam, że tam właśnie kupię mapę, by dotrzeć na miejsce!!!!! Jezus! Paliwo się kończy, celu nie widać. Prawie dwudziesta trzecia! Wlokę się jak ślimak, bo w dodatku autostrada zamknięta i skierowali jakąś inną drogą, nie mogę się odnaleźć. Mija nas patrol policyjny i trąbi! Za wolno jadę! Co za dupek! Mógłby już mnie zatrzymać, przynajmniej bym o drogę spytała, ale nie, trąbi i pokazuje, by zjechać na wolniejszy pas.
Anioły nasze nas na szczęście nie opuściły i dotarliśmy w końcu do centrum Gandawy. Miałam adres. Czego nie miałam? Zielonego pojęcia, jak znaleźć ulicę z akademikiem, w którym mam odebrać klucze do mieszkania. Pewnie nie byłoby tak źle, bo w takiej Polsce z okna auta można czytać nazwy ulic, ale w tej cholernej Gandawie NIE! Co za miasto! Nazwy ulic wypisane brązowymi literami na białych tablicach! No i sobie zobacz wieczorem, co tam jest napisane! Zatrzymałam się przy jakiejś uliczce w centrum, później okazało się, że to najbardziej klubowa ulica studencka, dobrze że rok akademicki nie rozpoczął się jeszcze na dobre! Zaczęłam po francusku, ale zatrzymany przeze mnie przechodzień francuskiego nie znał, ja nie znałam niderlandzkiego, więc łamaną angielszczyzną wypytywałam o drogę. Stałam przy niej zaparkowana! Hurra! Dobre i to. Klucz dostaliśmy, ale mieszkanie znajdowało się w innej dzielnicy miasta! Jak tam mamy trafić???? Kobieta w okienku też nie miała mapy. Wszystkie sklepy w wielkim mieście pozamykane, poza nocnymi, które sprzedaży map nie prowadzą! Nie miałam nawigacji, za stary samochód. Miałam beznadziejny telefon. A zatem telefon do Francuza. Moja nawigacja siedziała 900 kilometrów dalej przed ekranem komputera i odwrzaskiwała: maintenant a gauche!, maintenant a droite!, tu fais quoi là! Arrête! Wszyscy byliśmy wykończeni. W końcu jednak dotarliśmy na miejsce.
Przygotowałam dziecku łóżko, pomogłam mu się wykąpać. Miał 6 lat i od niedawna przesypiał całe noce. Pierwszy raz właśnie w te wakacje we Francji. Mogłam więc spokojnie poznosić wszystkie graty z auta do mieszkania. Naszego mieszkania na następny miesiąc.

Gandawa
Padłam o trzeciej nad ranem. Belgia przywitała nas pięknym porankiem. Był koniec sierpnia 2009. Wszyscy przestrzegali mnie przed koszmarną pogodą o tej porze roku, ale tego ranka świeciło słońce i dawało nadzieję na przyszłość. Poszliśmy do szkoły. Przemiłej dyrektorki nie sposób było nie lubić. Pierwsza pani nauczycielka, a potem i kolejna, okazały się cudownymi pedagogami i Syn czuł się tam doskonale.
Tego samego dnia, pierwszego w Belgii, pierwszego w Gandawie, znaleźliśmy mieszkanie tuż przy gmachu uniwersytetu, w którym miałam dawać zajęcia. Znalazłam je w drodze ze szkoły na uniwersytet. Kolega zadzwonił za mnie do właściciela, poszedł ze mną na spotkanie z nim i poręczył za mnie! Mąż-nieMąż pożyczył pieniądze obcej kobiecie na kaucję! Mieszkanie było moje! Dzięki! O dzięki!
Na uniwersytecie otworzyły się drzwi gabinetu, który miałam dzielić z kolegami i zobaczyłam tam Męża. Dosłownie tak wtedy pomyślałam: to jest mój Mąż. Byłam wtedy z kimś innym, ale miałam w tym momencie głęboką świadomość, że tamtego związku nadszedł kres. Zanim to jednak nastąpiło, wiele się jeszcze wydarzyło.
Wszystko układało się w całość. Nagle mój rozdarty na kawałeczki świat zaczynał nabierać kształtów, maleńkie cząsteczki układały się na miejsca.
Belgia stała się moim domem. Domem mojego Syna. Miejscem cierpienia i wzrastania. Miejscem zrozumienia i pełnej świadomości.
Przyzwyczajałam się do niej długo. Pierwszy rok upłynął mi pod znakiem przygotowywania do zajęć, picia hektolitrów kawy, wszystkiego, co wokół szkoły i Syna, obowiązkowych poobiednich drzemek i pracy nad uzyskaniem odpowiedzi na pytanie: czego Ty właściwie chcesz?, które sobie sama od jakiegoś czasu zadawałam. Po pięciu miesiącach miotania wiedziałam już, czego nie chcę! Pożegnałam się z Francuzem. Poinformowałam o tym Syna, który stwierdził: „Mamusiu, on był dla Ciebie za trudny. Znajdźmy kogoś, kto mówi po polsku!”. Uśmiechnęłam się wtedy i zdumiałam jednocześnie. Zdumiałam mądrością sześciolatka, a uśmiechnęłam, bo już kogoś takiego znaleźliśmy.

Gandawa (2)
Wszystko mnie w Belgii zaskakiwało. Mijałam w zdumieniu młodych ludzi, biegnących rano na zajęcia z mokrymi głowami. Zszokowana przyglądałam się dziewczynkom w podkolanówkach w listopadzie. Nie mogłam pojąć dlaczego apteka jest zamknięta między 12 a 14, kiedy właśnie chcę coś tam kupić, bo mam wolne. Złościłam się na rowerzystów, praktycznie wjeżdżających mi na maskę samochodu, gdy poruszałam się nim w centrum. Podziwiałam starszych ludzi, spacerujących trzymając się za ręce. Drżałam ze strachu, widząc babcie za kierownicą. Chłonęłam gwar kawiarnianych i restauracyjnych ogródków, wypełniających się ludźmi w porze lunchu. Przyzwyczajałam się do jedzenia kanapek na obiad. Oburzałam się nietolerancją dla obcokrajowców. Dostawałam szału podczas załatwiania formalności w urzędach. Patrzyłam ze zdziwieniem na zaskoczenie Belgów wywołane pięciomilimetrową warstwą śniegu. Starałam się zrozumieć belgijskie zdystansowanie.
Po roku zaczęłam się uczyć języka niderlandzkiego. Nie było łatwo, ale dzięki temu, kilka dni po przyjeździe do Holandii, zdałam egzamin państwowy z tegoż. Wszystkie części za pierwszym razem! Jestem z siebie trochę dumna. 🙂
Wydawało mi się, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Zarabiałam wystarczająco dużo, by móc utrzymać siebie i Syna. Nie miało to być zajęcie na stałe, ale perspektywa kilku lat w zupełności mi wówczas wystarczyła. Znalazłam dom, także w znaczeniu metaforycznym tego słowa, ale o tym przy okazji innej literki alfabetu!

Alfabet mojej emigracji – Anna postanawia znaleźć alternatywę

Foto: visitgent.be

Foto: visitgent.be

Jeszcze osiem lat temu nie wyobrażałam sobie, że mogłabym mieszkać poza Polską. Miałam stałą pracę. Nie piszę dobrze płatną, bo byłaby to bzdura. Zatem stała praca w jednym z najlepszych liceów Torunia. Nauczyciel języka polskiego. Chlubne zajęcie. Praca z młodzieżą. 29 godzin tygodniowo, bo oprócz lekcji jeszcze zajęcia przygotowujące do matury z języka polskiego i historii sztuki. Poza tym wykłady na uczelni, od czasu do czasu, Oświecenie. Obok tego korekta szkoleń e-learningowych dla TP S.A. i coś tam jeszcze. Nie zapominajmy o Synu, który czekał na mnie codziennie z utęsknieniem. Przez sześć lat wstawałam o szóstej rano i kładłam się o pierwszej, drugiej w nocy. Schudłam, na co narzekać nie powinnam, dziś chętnie bym straciła kilogramów kilka, ale jakoś nie schodzą. Jednak to niedospanie i niedojadanie było niebezpieczne dla mojego organizmu. Jak już wcześniej wspominałam w „Jak jazda na rowerze”, brak snu i złe odżywianie okupiłam utratą przytomności za kierownicą. Zdarzyło mi się też raz znaleźć na środku drogi, nie na konkretnym pasie, bo oczy same zamykały mi się ze zmęczenia, gdy jechałam na zajęcia wieczorem.
Zajęć miałam dużo, a pieniędzy wciąż brakowało, mimo, że nigdy praktycznie nigdzie nie chodziliśmy, zdarzało się, że podstawowe zakupy musiałam brać „na zeszyt” w miejscowym sklepiku, a lumpeks był moim ulubionym sklepem odzieżowym.
Tymczasem postanowiłam rozstać się z ojcem Syna i zostałam zmuszona do szukania kolejnego źródła przychodów! Wiedziałam, że na uczelni są zajęcia dla obcokrajowców, którzy chcą się uczyć języka polskiego. Ruszyłam więc w tym kierunku. Okazało się, że by dawać tam lekcje trzeba mieć ukończone odpowiednie studia podyplomowe, a przynajmniej kurs na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Szybko się zorientowałam, że na złożenie papierów pozostało mi niewiele czasu. To była moja alternatywa.
Na kursie okazało się, że zajęcia przygotowują nie tylko do pracy w Polsce, ale i poza jej granicami! Na szczęście, bo pozycje UMK w Toruniu były już dobrze obsadzone przez tamtejszych stałych pracowników naukowych, z którymi konkurować raczej się nie dało.
Nie było to wszystko takie proste. Dojazdy na zajęcia do Lublina. Nauka plus praca i jeszcze w dodatku staż na uniwersytecie. Udało się chyba dzięki moim dobrym Aniołom. Trochę przerażona i raczej niepewna, postanowiłam złożyć papiery do pracy na jakiejś uczelni francuskiej, bo jedynie ten język, poza polskim, nie był mi obcy.
Niestety nigdzie w dokumentach nie miałam potwierdzenia, że tymże językiem władać potrafię. Do Francji skierowano więc romanistów, a ja już przyzwyczajałam się do kolejnego roku w Polsce, w warunkach, których wspominać już nie chcę.
I wtedy stał się CUD. Zadzwonił telefon z ministerstwa, które kierowało nas na zagraniczne uniwersytety: „Pani Aniu, zwolniło się nagle miejsce w Gandawie. Jedzie pani?”. Jechałam. Ten wyjazd wywrócił nasze życie do góry nogami, życie moje i Syna. Jestem dozgonnie wdzięczna tej Sile, która nam daje różne możliwości i otwiera, wydawać by się mogło, na cztery spusty zamknięte drzwi.
Nasza alternatywa na życie – emigracja – zaczęła się w Belgii. O niej przy okazji następnej literki alfabetu :).

Ten tekst powstał w ramach wrześniowego projektu „Alfabet mojej emigracji”. Autorką i inicjatorką projektu jest Dorota (Dee), o której pisałam w poprzednim poście, członkini Klubu Polek na Obczyźnie.

A na blogach innych Polek na obczyźnie

Nie zawsze poprawne zapiski Dee

Viola/Storyland

Joanna/Polsko-francuski punkt widzenia

Justyna/Moja emigracja

Karolina/C’est la vie!

Gabi/Direction Sweden

Agnieszka/Zapiski szwedzkie

Anna Maria po polsku

Kinga/Kropka za oceanem

Powrót do życia

image

Wakacje minęły bardzo szybko. Nawet mnie  to cieszy, bo sierpień nie jest dla mnie najlepszym miesiącem. W tym roku postanowiłam nastawić się do niego pozytywnie, a i tak wyszło jak zwykle.
Nie mogłam doczekać się września. Wrzesień paradoksalnie oznacza dla mnie początek czegoś nowego. Mówię paradoksalnie, gdyż nadchodzi jesień, czas obumierania natury, by mogła odrodzić się wiosną.
Dla mnie wrzesień to początek nowego życia, życia Syna. Ta piękna polska, złota jesień, gdy o niej myślę nie przeszkadzają mi nawet litry deszczu, spływające w tej chwili po oknach. Chyba jest sztorm. To nic.  Chce mi się żyć i zacząć od nowa. Kilka spraw.
1. Uporządkowanie świata wokół.
2. Uporządkowanie siebie.
3. Nowa praca.
4. Realizowanie marzeń.
Jestem gotowa!
Wezmę też udział w projekcie Dee – Alfabet emigracji.
Trzymajcie kciuki!