Archive | Listopad 2015

December Reflections

W tym roku po raz pierwszy spróbuję wziąć udział w grudniowym projekcie Susannah Conway #DecemberReflections.

Print

Rozpoczynamy 1 grudnia Kochani!

Print

Zapraszam! Mam nadzieję, że uda mi się zrobić dużo zdjęć i napisać kilka interesujących refleksji.

Do zobaczenia tutaj i na instagramie!

 

Za co lubię Holandię?

Haley unsplash

Foto: Haley unsplash

W Holandii mieszkam nieco ponad trzy lata. Pisałam już o tym, więc wiecie. Na początku w ogóle nie mogłam się tu odnaleźć. Teraz jest już lepiej. W końcu udało mi się zaakceptować i nieco polubić moje miejsce. Nie jestem jeszcze ze wszystkim gotowa i nadal nie przestaję szukać własnej drogi. Mogę jednak powiedzieć, że tu gdzie żyję jest mi z wielu powodów dobrze.

Czuję się dobrze, bo w końcu udało nam się zbudować nasz mikro świat. Zaczęłam pracować i choć jak dotąd miotam się nieco, ufam, że kolejna rozmowa z dyrektorką sprowadzi wszystko na właściwe tory. Potrzebna naszemu życiu struktura powoli zaczyna się wyłaniać z mgły chaosu.

Lubię Holandię.

Lubię ją za przepiękne krajobrazy, pełne pól, kanałów, drzew, krzewów, lesistych wydm i zielonej cały rok trawy.

Lubię ją za przepiękne niebo. Nawet jeśli pada i chmury wiszą nad miastem, czego właśnie od kilku dni doświadczamy, niebo wygląda jak na obrazach wielkich mistrzów malarstwa.

Lubię ją za muzea i różnego rodzaju centra naukowe dla dzieci. Muzea wszędzie i wszelkiego rodzaju. Świat, w którym na chwilę możesz zapomnieć o tym, co za drzwiami. Centra, gdzie dzieci poznają świat nauki i techniki, przeprowadzają doświadczenia i analizują fakty!

Lubię ją za porządek. Mimo że codziennie ulicami miasta przetaczają się setki ludzi i turystów, nie musimy potykać się o śmieci.

Uwielbiam nastrój mojego miasta. Nie czuje się w nim tego wyścigu szczurów, którego doświadczasz w dużym mieście. Podoba mi się to, że niedziela jest dniem rodzinnym i wszyscy gdzieś wyjeżdżają, wychodzą. Chłonę gwar kawiarnianych ogródków, otwartych także zimą. Dzięki nim czuć, że ludzie, poza pracą w tygodniu, znajdują czas na relaks i odpoczynek w weekend.

Rewelacyjna jest według mnie obecność klubów sportowych i centrów fitness, basenów, kortów i innych ośrodków i miejsc, umożliwiających aktywność fizyczną w najmniejszych nawet miasteczkach. Widzisz w nich w tygodniu panie i panów na emeryturze. W doskonałej kondycji, korzystających z wszelkiego rodzaju udogodnień, pozwalających zachować dobrą kondycję fizyczną.

Podziwiam zaangażowanie i entuzjazm dzieci i trenerów, którzy w sezonie piłkarskim, co niedziela grają na naszym ogromnym trawniku, bez względu na to czy leje, czy świeci słońce.

Lubię ją za ścieżki rowerowe. Prawie wszędzie! Ze światłami specjalnie dla rowerzystów! Chyba one ich rozleniwiły, tak że przestali myśleć o innych użytkownikach drogi. Chociaż w Belgii jest o wiele gorzej. Tam nie ma praktycznie ścieżek, a rowerzyści odpychają się rękoma od maski Twojego samochodu!

Lubię Holandię za jej wielokulturowość. Oczywiście nie jest pozbawiona ksenofobii, nacjonalizmu i nietolerancji. Jednak moim zdaniem kraj zupełnie wolny od tych wstrętnych cech nie istnieje. Jeśli jest inaczej, napiszcie proszę pod postem. Chętnie dowiem się czegoś nowego!

Cenię Holandię za administracyjny porządek. No dobrze, nie jest tak cudownie. Trzeba się nachodzić, naprzynosić czy nawysyłać papierów. Kiedy jednak już dopełnisz formalności, państwo zapewnia Ci wszelkiego rodzaju wsparcie i wszystko dokładnie oblicza. Trzeba płacić sporo podatków, ale dostaje się też dużo zwrotów. Dofinansowanie dla dzieci, do żłobka, do specjalnej opieki pozaszkolnej. Trzeba tylko wiedzieć o co prosić i w które drzwi zapukać.

Podoba mi się, że matki nie muszą pracować codziennie, a mimo wszystko rodziny dają sobie finansowo radę.
Doceniam fakt, iż oboje rodzice mogą wziąć urlop wychowawczy i nie musi się to stać natychmiast po urlopie macierzyńskim. I nie polega to na tym, że zupełnie przestajesz pracować, ale że pracujesz na przykład dwa dni mniej.

Podziwiam Holendrów za sposób, w jaki rozmawiają z dziećmi. Za ten język pełen szacunku, zrozumienia i docenienia. Nie przestaję się zatrzymywać, czasem naprawdę, czasem w myślach, gdy słyszę „doskonale sobie poradziłeś”, „świetnie ci poszło”, „martwisz się, rozumiem”. Cały czas zastanawiam się czy wszyscy Holendrzy uczestniczą w jakimś kursie wychowania i rozmawiania z dziećmi.

Jestem pod wrażeniem skromności ludzi, którzy posiadają ogromne majątki. Po ich wyglądzie nie jesteś w stanie tego stwierdzić. Nikt się nie przechwala i nikt nie narzeka.
Tak. Holendrzy nie narzekają. Pewnie że nie wszystkim jest łatwo, mają problemy. Jednak, gdy z Tobą rozmawiają, uśmiechają się i mówią, że jest dobrze. Nie wyliczają całej listy niepowodzeń i nieszczęść, jakie ich spotkały.

Podziwiam holenderskie matki, za to, że potrafią „loslaten”, czyli „odpuścić”. Nie stoją nad swoimi dziećmi jak parasole, nie pozwalając im oddychać. Stoją z boku i obserwują, reagując tylko wówczas, gdy to naprawdę konieczne.

Wreszcie, mimo wielu narzekań na służbę zdrowia, muszę przyznać, że gdy człowiek trafi w ręce odpowiednich ludzi, wszystko przebiega sprawnie i bez problemów. Chyba, że ma się alergię na wszystko, co ze szpitalem się wiąże. I nie alergię metaforyczną, ale rzeczywistą. No cóż, nie stworzonam ci ja do szpitalnych sal :).

Pewnie jest jeszcze więcej rzeczy, które w Holandii lubię, ale zbliża się pora lunchu! Do kanapek na obiad też się przyzwyczaiłam! Chyba dlatego, że znałam je już trzy lata wcześniej, w Belgii.
Smacznego Kochani!
I do następnego postu!
Ania

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w Holandii?

Alex Talmon unsplash

Foto: Alex Talmon unsplash

Najpierw entuzjastycznie zapisałam się do udziału w projekcie Klubu Polek na Obczyźnie, a potem kilka dni zastanawiałam się, co ja właściwie napiszę, bo przecież ponoć do wszystkiego można się przyzwyczaić. Kiedy wzięłam kartkę papieru, słowa same popłynęły i oto jest. Okazało się, że wcale nie tak mało!
Nie mogę się przyzwyczaić:

Do zimna przenikającego wgłąb twoich kości, mimo że temperatura na plusie
Do kierowców, którzy nagminnie łamią przepisy ruchu drogowego i nic sobie z tego nie robią.
– Jeżdżą bez świateł, mimo że europejskie przepisy ruchu drogowego wyraźnie im to nakazują
– nie potrafią wyprzedzać na autostradzie, zajeżdżają drogę non stop
– nie dają kierunkowskazu, gdy skręcają w mieście
– wymuszają pierwszeństwo
– trąbią, gdy im się wydaje, że ktoś za długo zwleka z reakcją
– rysują lub uszkadzają ci auto i się do tego nie przyznają
– parkują jak popadnie i gdzie popadnie, nie myśląc o innych użytkownikach ruchu
– nie przepuszczają pieszych na przejściu
Do autobusów, które ciągle się spóźniają albo odjeżdżają za wcześnie
Do kierowców autobusów, którzy są przekonani, że wiozą worki z kartoflami, a nie ludzi
Do lekarzy rodzinnych, którzy na wszystkie przypadłości przepisują paracetamol i są wszystkimi specjalistami po trochu, a pacjent ma być cicho i robić, co każą
Do tego, że w poniedziałek prawie wszystkie sklepy otwarte są dopiero od trzynastej
Do tego, że w sobotę apteka otwarta jest tylko w szpitalu
Do tego, że homeopatia tutaj to czarna magia i nawet nie się nie dowiesz, że istnieje
Do sąsiadki z dołu, która przychodzi mi mówić, że moje dzieci są nienormalne, bo biegają w domu, zwłaszcza odkąd Synek zaczął chodzić
Do tego, że dzieci z klasy czy szkoły Syna, mimo że cię znają nigdy nie powiedzą „Dzień dobry”. Nie tylko do mnie. Po prostu nikomu nie mówią! Co za wychowanie!
Do tego, że rodzice mają głęboko gdzieś, co się z ich dziećmi dzieje i co uskuteczniają w szkole
Do tego, że szkoła próbuje rozwiązać wszystkie problemy sama, nie informując w porę rodziców
Do tego, że rowerzyści to święte krowy i po prostu jadą, nie patrząc, gdzie
Do tego, że nawet pani, sprzedająca ci bułki w piekarni, chce o tobie wszystko wiedzieć, choć to akurat jest miłe
Do tego, że najpierw idziesz do optyka, a nie do okulisty
Do tego, że nie ma tu prywatnych gabinetów pediatrycznych ani ginekologicznych
Do tego, że ubezpieczenie zdrowotne kosztuje majątek, a i tak o skierowanie do specjalisty trzeba walczyć
Nie mogę się przyzwyczaić do pogardliwych spojrzeń niektórych ludzi, o dziwo nie Holendrów samych, gdy słyszą, że mówię innym językiem

Tekst napisałam dawno temu, gdy tylko projekt ruszył. Pewnie w tych słowach czuć nieco wściekłość, a nieco bezsilność. Momentami tak się tu czuję. Na szczęście nie codziennie, inaczej nie widziałabym sensu w pozostawaniu tutaj. W tej chwili nie widzę sensu w wyjeżdżaniu gdziekolwiek. Wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że myślę o wszystkim nieco inaczej, przyglądam się temu światu z innej perspektywy. Zmierza w dziwnym, niezrozumiałym dla mnie kierunku. Zastanawiam się, co będzie za dwadzieścia lat, gdy może już mnie nie będzie. Jak odnajdą się w nim moje dzieci? I czy warto sprowadzać na niego jeszcze inne?
Życie trwa. A w nim wszystko, do czego nie mogę się przyzwyczaić wydaje się totalną bzdurą. Mam dziś refleksyjno-filozoficzny nastrój. Niedługo o tym, co w Holandii lubię.

Ten tekst powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Dedykujemy go akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.

Więcej informacji: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Liść opadł

Sebastian Unrau unsplash

Foto: Sebastian Unrau unsplash

Listopad nieźle daje mi się we znaki. Padam ze zmęczenia. Chyba dlatego, że od początku jest to bardzo intensywny czas. Dwa całodniowe wyjazdy w związku z Sekcją Polską w holenderskiej organizacji zrzeszającej nauczycieli języków pod nazwą Levende Talen. Najpierw w Utrechcie, szóstego listopada, akurat w rocznicę naszego ślubu, Ogólnokrajowy Dzień Studyjny, a na drugi dzień w Hadze, pierwszy Dzień Studyjny Sekcji Polskiej, połączony z dwudziestą rocznicą istnienia Szkolnego Punktu Konsultacyjnego w Hadze.
Dzień pierwszy przetrwałam jakoś dzięki butelkom wody mineralnej, które piłam, jak spragniony na pustyni. Musiałam wstać o piątej, by po szóstej wyjechać. Do Utrechtu od nas nieco ponad godzinę drogi. Oczywiście stres po dotarciu na miejsce, spowodowany robotami drogowymi, które uniemożliwiły mi znalezienie punktu zrzutu dóbr wszelakich. Od początku byłam wściekła. Dzięki nieustającej cierpliwości Eli, koordynującej sytuację już z sali, wróciłam do równowagi, odnalazłam miejsce i siebie w tymże. Dzień minął niespodziewanie szybko. Bałam się tylko drogi powrotnej, po tak krótkiej nocy. Zaznaczam, że nie pamiętam już co znaczy noc przespana bez pobudek, więc piąta rano była dla mnie szokiem. Mały obudził się razem ze mną. Mąż, który spał zaledwie od trzech godzin, musiał wstać. Wracałam więc do niewyspanego krajobrazu po bitwie.
Dotarłam cudownie w całości i miałam nadzieję, że padnę, ale plany Synka wyglądały inaczej. Dał się złóżkować dopiero o dwudziestej drugiej. Ja byłam już wykończona i wściekła, a Mąż prowadził wykład w Amsterdamie, w szkole dla tłumaczy. Generalnie życie jest piękne!
Następnego dnia pobudka o szóstej i w drogę do Hagi! Dla mnie był to fantastyczny dzień. Poznałam wielu nowych ludzi. Porozmawiałam z tymi, których od dawna nie widziałam. Wysłuchałam świetnych wykładów. Teraz boję się odezwać, by nie palnąć jakiejś głupoty!
Przerażał mnie tylko moment powrotu, po osiemnastej wyruszyłam z Hagi do domu, w którym Mąż chodził ze zmęczenia na rzęsach, Mały nie spał od rana, a Duży spędzał czas z grami komputerowymi. Modliłam się, żeby dojechać, bo nie znoszę jazdy po zmroku. Do dziś boli mnie szyjny odcinek kręgosłupa od wyciągania głowy w celu obserwacji jezdni. Nie mogę się doczekać wizyty u fizjoterapeuty! Gdy dotarłam do domu, uśpiłam Małego, wzięłam prysznic i padłam.
I padam tak od tamtej pory codziennie. O dwudziestej trzeciej jestem tak śpiąca, że zasypiam nad klawiaturą. Oznacza to, że mam jeszcze mniej czasu na pracę! Wczoraj podczas lunchu ustaliłyśmy z Anią, że to chyba po tej zmianie czasu nas tak wzięło. Chyba tak, ale mnie dał popalić nasz maraton i listopad.
Listopad i styczeń to dla mnie najtrudniejsze miesiące zimowe. Zawsze tak było. Choć teraz jest o wiele lepiej, bo nie mam czasu zastanawiać się nad jesiennym nastrojem. Muszę non stop coś robić. Nieustające zajęcie sprawia, że człowiek nie myśli o pogodzie, o chmurach, o mgle, o gnijących liściach i całym tym smutku natury, przygotowującej się do zimowego snu. Czasem tylko przychodzą takie dni jak dziś, że nie można znaleźć sobie miejsca i nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Oby było ich jak najmniej!

Sint Maarten

lampion_jpg_27304k

Foto: stad-haarlem.nl

W Polsce obchody Święta Odzyskania Niepodległości, a w Holandii Świętego Marcina.

Dziś wieczorem dzieci chodzą od domu do domu, śpiewając piosenki o świętym Marcinie, niczym kolędnicy po Bożym Narodzeniu. Noszą własnoręcznie zrobione lampiony lub takie kupione w sklepie, śpiewają i zbierają słodycze. Niczym w amerykańskim Halloween.

Istnieje wiele teorii na temat tego, skąd się wzięły obchody święta. Według jednych z pogańskich obrzędów płodności. Według innych święto to wiąże się z fragmentem ewangelii według świętego Łukasza, który mówi o niesieniu światła nie w ukryciu, ale publicznie: Łuk. 11 33 „Nikt nie zapala lampy i nie umieszcza jej w ukryciu ani pod korcem, lecz na świeczniku, aby jej blask widzieli ci, którzy wchodzą”. Wcześniej było to święto żebrzących. W trudnych miesiącach zimowych ludzie chodzili od domu do domu, śpiewając i otrzymując datki. Oznacza ono także symboliczne nadejście zimy. Rzeczywiście robi się tutaj chłodniej i wilgotniej, a w parkach i na trawnikach leżą już tylko gnijące liście.

Święty Marcin z Tours był biskupem i głosicielem wiary chrześcijańskiej w Galii. Karierę rozpoczął jako żołnierz, ale po przyjęciu chrześcijaństwa z wojska wystąpił. Jest jednym z najbardziej popularnych śrdniowiecznych świętych. Ponoć jest sprawcą wielu cudów.

My dziś też mieliśmy dzieci u naszych drzwi. Mały się wystraszył i wtulił we mnie, a Duży wychwalał jak pięknie śpiewają 🙂

Alfabet mojej emigracji – H jak huisarts

foto: lhv.nl

foto: lhv.nl


Jest szaro, buro, ponuro, wietrznie i deszczowo. Mam godzinkę, więc napiszę w końcu post o H. Huisarts, czyli według dosłownego tłumaczenia lekarz domowy, w Polsce mówi się lekarz rodzinny. Z instytucją huisartsa spotkałam się po raz pierwszy w Gandawie. Oczywiście chodziłam do lekarza rodzinnego w Polsce. A jakże. Nawet się z panią doktor zaprzyjaźniłam i teraz jesteśmy na „ty”. Jednak lekarza rodzinnego w Polsce nie można porównać z huisartsem ani w Belgii, ani w Holandii. Nasz lekarz rodzinny w Belgii mieszkał po drugiej stronie ulicy, dwa kroki od mieszkania i kilkanaście od uniwersytetu. Tamtejsi lekarze nie przyjmują w przychodniach, ale we własnych domach lub w wynajmowanych do tego celu pomieszczeniach. Nasz przyjmował w domu. Mieszkał na górze, na dole miał gabinet. Wyglądał trochę jakby był alkoholikiem, ale nigdy nic od niego nie poczułam, a nos mam jak pies gończy. Lekarze w Belgii przyjmują zwykle dwa razy w ciągu dnia – rano i po południu, tak, by umożliwić wszystkim dostęp do usług. Nasz pracował od 8 do 10 i od 17 do 19. Teoretycznie, bo oczywiście trudno przewidzieć ile pacjentów się zgłosi. Mogłaś wcześniej zadzwonić, ale równie dobrze można było pojawić się bez zapowiedzi. Siedziało się w maleńkiej przestrzeni poczekalni. Zawsze był ktoś przed Tobą. Najgorsze, jeśli trafiła Ci się jakaś starsza pani, która musiała oczywiście podzielić się wydarzeniami z ostatniego tygodnia. Mam ogromny szacunek do starszych i dobrze rozumiem potrzebę rozmowy. Niestety ja zwykle spieszyłam się na zajęcia albo do szkoły Dużego, więc nie miałam czasu na posiedzenia. Problem w Belgii polega na tym, że wizyty u psychologa nie są refundowane, a psychiatrzy, jak wiadomo nie rozmawiają tylko wypisują leki. Takie debaty z lekarzem mogą trwać długo. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. W Holandii na szczęście ten problem praktycznie nie istnieje. Pacjenci przychodzą na wyznaczoną godzinę. Czasem zdarzy się jakaś obsuwa, ale rzadko.
Nasz gandawski lekarz rodzinny był aniołem cierpliwości i zrozumienia. Zawsze wysłuchiwał z uwagą. Wszystko wyjaśniał. Niczego nie podważał. Wszystko sprawdzał. Poprosiłaś o skierowanie na badanie krwi, to je dostałaś. W ten sposób odkryłam, że mam problemy z tarczycą. Zawsze był. Trwał na posterunku. Posłał nas z Synem do laryngologa, dzięki czemu ten praktycznie przestał chorować. Udzielał odpowiedzi na każde pytanie.
Dlatego kiedy przyjechaliśmy tutaj byłam przerażona. Tego właśnie bałam się najbardziej. Jak ja tu znajdę dobrych lekarzy!? Słyszałam już oczywiście legendarny tekst o paracetamolu, który jest dobry na wszystko i drżałam. Ja przecież potrzebowałam regularnych wizyt i kontaktów z lekarzem, który rozwieje wszelkie moje wątpliwości. O tym jak tu trafiliśmy do huistartsa już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że tutaj lekarze przyjmują nie tylko w maleńkich gabinecikach przy domu, ale także w swego rodzaju przychodniach, gdzie można znaleźć kilku różnych lekarzy rodzinnych, a oprócz tego psychologów, logopedów itp. Nieco przypomina to naszą polską przychodnię. Tylko nieco, bo nikt tu nie stoi w kilometrowych kolejkach, by się zapisać. Dzwonisz i umawiasz się na termin. Jeśli chodzi o nagłe przypadki, lekarze tutejsi mają zawsze jakieś 10-20 minut do zagospodarowania między innymi pacjentami. Generalnie przyjmują od 7.30-8.00 do 10.00. Potem wizyty domowe. Lunch. Dalej od 13.30 do 17.00. Mniej więcej tak. Po południu jest zwykle spokojniej. Przynajmniej u nas. Nasz lekarz bowiem, jako jedyny w Haarlemie, ma tak zwane inloopspreekuur. W słowniku nie ma tłumaczenia. Oznacza to, że można przyjść do 9.00, uprzednio się nie zapisując i zostać przyjętym! Rzadkość i za to bardzo cenię mojego huisartsa. Wolę oczywiście popołudniowe, umówione spotkania. Nie ma tłoku i nikt na Ciebie nie kicha, ale z nagłym wypadkiem można się zawsze zgłosić. Po 17.00 jest trochę gorzej, masz do czynienia z dyżurującymi lekarzami, którym czasem brakuje piątej klepki. Jak poczekasz trochę dłużej, trafiasz na pogotowie, a tam…. Zawsze najpierw huisarts!
Problem z wizytami u lekarza rodzinnego w Holandii polega między innymi na tym, że ma on dla Ciebie zwykle tylko dziesięć minut i ani chwili więcej, bo następny pacjent czeka! Nie możesz przyjść z kilkoma objawami na jedną taką konsultację. Boli Cię brzuch – jeden objaw. Boli Cię głowa – objaw drugi – planuj kolejne spotkanie! Na początku myślałam, że oszaleję! Potem okazało się, że jest coś takiego jak podwójna konsultacja. Z jej dobrodziejstw korzystam od początku tego roku!
W Holandii nie ma możliwości udania się do specjalisty z własnym widzimisię. Nie ma prywatnych praktyk, są takowe przychodnie, ale nawet tam do specjalisty musisz mieć skierowanie od lekarza rodzinnego. Ginekolodzy nie mają gabinetów prywatnych w kraju wiatraków, mają za to w Belgii. Aby dostać się do ginekologa tutaj, trzeba mieć skierowanie, jeśli nie od lekarza domowego, to od położnej. Od położnej tylko w ciąży. Położne tutaj są skupione w organizacjach położnych, które funkcjonują jak przychodnie specjalnie dla kobiet w ciąży. Cały system opieki zdrowotnej w Holandii jest strasznie zakręcony, ale jak już się w niego wgryziesz, jesteś w domu. Huisarts w każdym razie przeprowadza badania maści wszelkiej, również ginekologiczne! Badania w ciąży, po ciąży, antykoncepcja, cytologia. Wszystko może robić lekarz rodzinny. I robi! Poza tym jego rolą, a potem dopiero chirurga, jest przeprowadzanie badań kobiecych piersi. Pamiętajcie o tym miłe panie! Niestety wszelkie badania przesiewowe odbywają się co 4-5 lat, zgodnie z rozkładem. Ja, ponieważ jestem mną, wymuszam je wcześniej. Trzeba trzymać rękę na pulsie, zwłaszcza gdy ma się historię rodzinną. A propos, niedawno dowiedziałam się od mojego lekarza rodzinnego, że tylko powtarzanie się w rodzinie tego samego rodzaju raka może stanowić powód do zwiększonej ostrożności i badań. Jeśli natomiast jest to za każdym razem inny rodzaj raka, nie ma się czym przejmować. WOW.
Lekarz rodzinny przyjmuje oczywiście nie tylko dorosłych, ale także dzieci. Również w Belgii, tam jednak jest wiele prywatnych gabinetów pediatrycznych i staramy się z tego bogactwa korzystać, gdy jesteśmy na miejscu. Wracamy oczywiście do naszych znajomych twarzy. Tutaj dostanie skierowania do pediatry graniczy z cudem. Wszystko w rękach huisartsa. Nie ma przychodni dla dzieci. Są tak zwane biura konsultacji, gdzie przyjmują „lekarze”. Wzięłam ich celowo w cudzysłów, bo są to tak zwani lekarze młodzieżowi, nie mylić z pediatrą, którzy nie mają prawa wypisywać recept, ale mają prawo zwrócić się do huisartsa po skierowanie dla dziecka, jeśli uznają, że jest to konieczne. W tychże biurach konsultacji pracują też pielęgniarki. Tam szczepi się dzieci i waży. Sprawdza ich ogólny rozwój. Następne spotkanie mamy gdzieś koło drugich urodzin Małego. Tam także można uzyskać różnego rodzaju pomoc, w opiece nad dzieckiem, organizacji domu, wziąć udział w kursie pierwszej pomocy lub wychowania, specjalnie dla początkujących, ale także doświadczonych rodziców. Można tam też zawsze zadzwonić na specjalną infolinię i uzyskać odpowiedź na dręczące nas pytania.
Huisarts jest, jak widać, bardzo ważną osobistością w Holandii. Dlatego warto trochę poszukać, zanim zdecydujemy się na jego wybór. Sprawdzić rankingi wśród pacjentów, poczytać stronę internetową. Mnie się udało, choć musiałam przeprowadzić swoją batalię. W zasadzie, poza stałymi przypadłościami, jak tarczyca czy alergie, nie chorujemy jakoś specjalnie. Mamy jednak bardzo dobry kontakt z naszym lekarzem rodzinnym, z młodą lekarz, która ponad rok temu zaczęła pracować z naszym huistartsem. Umawiamy się co miesiąc na podwójną, dwudziestominutową konsultację i regulujemy wszystkie sprawy, pytania, recepty. To świetny dla nas układ. Dzięki temu nie musimy biegać co chwila z czymś i martwić się, że nie będzie czasu czy miejsca. Odnoszę wrażenie, że powoli zaczynam czuć się tu jak w domu.

Horoskopy

Jak to jest z Wami?  Wierzycie w horoskopy, andrzejkowe wróżby, tarota, wróżki, numerologię, cyganki i inne podobne?
Ja kiedyś wierzyłam we wszystko ;), młoda i głupia. Potem przestałam wierzyć we wróżby i horoskopy we wszystkich gazetach. Nadal biorę pod uwagę te z „Pani” i magicznej galerii. Choć w „Pani” ostatnio nie bardzo pasują.  No wiem, wiem. Bzdury.  OK
W każdym razie nie mam powodu nie wierzyć cygankom, moja wróżba zmieniła się po rozwodzie. Tylko liczba dzieci się zgadza ;).
Numerologia ma coś z nauki, kocham liczby, humanistka!
Ale najbardziej zadziwiają mnie ostatnio horoskopy w magicznej galerii, które dostaję co tydzień mailem.
Oto, co przeczytałam dziś: „Pamiętaj, nie patrz na innych, tylko na siebie, nie trać energii na porównywanie się.  Jesteś inna, jesteś jedyna w swoim rodzaju i masz własne zasady.”
O! Tego się będę trzymać!
Miłego popołudnia!
Ania