Alfabet mojej emigracji – I jak inny świat

0a993aa3-fe0b-4f93-b125-90b3c0b80963

Foto – polskieradio.pl

Na szczęście nie ten z powieści Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Belgia okazała się dla nas innym światem. Na szczęście nie miałam problemów z porozumiewaniem się z ludźmi, ale gdyby nie moi belgijscy znajomi byłoby mi bardzo trudno.
Zacznijmy od mieszkania. Pierwsze wynajęłam online od uniwersytetu. Nie mogliśmy się tam zatrzymać dłużej niż miesiąc, bo było już wynajęte komuś innemu. Poza tym strasznie drogie i wszędzie daleko. Jak wcześniej pisałam, kolejne mieszkanie znalazłam bardzo szybko, jednak z podpisaniem umowy i załatwianiem formalności wcale nie było tak łatwo.
Po pierwsze musiałam zabrać ze sobą kolegę z uniwersytetu, który poświadczył moją tożsamość i zapewnił, że nie jestem jakimś dziwnym stworem z kosmosu i będę zarabiać regularnie pieniądze, a w związku z tym także regularnie płacić. Bez Jego pośrednictwa, nikt nie wynająłby mi mieszkania. Byłam Polką (jestem nadal). Inny kolega, teraz już Mąż, wyjął z konta pieniądze i pożyczył obcej dziewczynie równowartość trzykrotnego czynszu. Trzeba było zapłacić trzy miesiące z góry. Gdyby nie Mąż, nie mogłabym nic wynająć. Nie miałam grosza przy duszy. No nie, miałam tyle, żeby jakoś wytrwać do następnej wypłaty, ale nic ponad to. Ufff
Powietrze w Gandawie było straszliwie ciężkie. Kiedy jeździmy tam teraz nie mogę złapać oddechu! Wtedy jednak tego nie czułam. Oddychałam wolnością.
Nie miałam pieniędzy, ale miałam co jeść, miałam pracę, miałam Dużego i on miał rewelacyjną szkołę. Było dobrze. W jakiś pokręcony sposób, bo ciągle jeszcze z wieloma nierozwiązanymi sprawami w kraju moich Rodziców, ale czułam się w miarę dobrze.
Mieszkaliśmy z Francuzem, który nie robił nic, oprócz przygotowywania pysznego jedzenia. Dobre i to myślałam.
Ludzie poza uniwersytetem i szkołą Dużego nie byli już tak przyjaźni. Słowiański świat zostawiałam codziennie za drzwiami budynku uniwersyteckiego. Poza nim walczyłam z durnowatością urzędników, których niewiedza doprowadzała mnie do szału. Załatwiałam tony papierów i formalności na tu i tam, by wszystko trzymało się kupy. Musiałam zgłosić i zarejestrować nie tylko siebie i Syna, ale także rozwód i wszelkie wyroki i postanowienia z tym związane, zamawiać tłumaczenia przysięgłe. Jeździć do Polski i z powrotem na durne rozprawy dotyczące podziału majątku (nie życzę nikomu rozwodu w Polsce). Ciągle nie mogłam oddychać swobodnie. Nie z powodu zanieczyszczonego do granic możliwości powietrza, ale z powodu spraw, które ciągnęły się za mną jak ogony, przypominające mi błędy, popełnione przeze mnie, przyjmującej dawno temu za pewnik durne założenia młodości.
Gandawa zmusiła mnie do innego spojrzenia na rzeczywistość moją i Syna. Miesiące od października 2009 do połowy lutego 2010 to istny koszmar, o którym wolałabym zapomnieć. Nauczyłam się wówczas o tym, kim jestem i czego chcę. Poznałam dobrze Dużego, który okazał się być mądrzejszym niż wszyscy znani mi dotąd dorośli. Nie, jednak nie chcę zapomnieć, ale nie chcę już do tego wracać. Tysiące razy analizowałam sytuację. Co by było gdyby? Gdybym kilkanaście lat temu powiedziała jak zwykle – nie to nie, idź w cholerę – zamiast poświęcać się i postanawiać dotrzymywać słowa, złożonego w najdziwniejszych okolicznościach przyrody, pewnie nie byłoby tego koszmaru. Pewnie nie, ale czy wówczas miałabym mojego Syna? Czy gdybym nie poznała Francuza, czy wtedy kiedykolwiek zdecydowałabym się na wyjazd za granicę? Gdyby nie M. nie byłoby Syna, gdyby nie Francuz nie byłoby Gandawy. Gdyby nie Gandawa nie byłoby Męża.

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Moja B. powiedziała mi gdzieś na przełomie 2009 i 2010, że droga, którą wybrałam jest o wiele trudniejsza, bardziej skomplikowana, ale w końcu doprowadzi mnie do celu.
Tak też się stało. Kosztowało mnie to wszystko mnóstwo energii, stresu tyle, że nie jeden by pewnie nie udźwignął, ale teraz jestem tu. Na właściwej drodze, czasem jeszcze się gubię, bo daję się zdominować strachowi. Ufam jednak, że wygram tę walkę ze sobą.
Po kilku miesiącach miotania się znalazłam spokój u boku Męża. Od tamtej pory wolniutko stawiałam swe pierwsze kroki na właściwej drodze. Drodze ku szczęściu.
Pokochałam Gandawę. Pokochałam nasz inny świat. Świat pełen dziwnych ludzi i zdarzeń. Świat, w którym ciągle czułam się obca. Nie byłam już swoja w Polsce i nie byłam w Belgii, poza uniwersytetem i kolegami tam, którym naprawdę jestem bardzo wdzięczna za wspaniałe przyjęcie, nie miałam nikogo znajomego. Jedną, jedyną D., wówczas lektorkę w Leuven, która na początku mi wszystko wyłuszczyła i pomogła odnaleźć się w tym, jakże innym od polskiego, świecie.
Żyło nam się zupełnie inaczej. Można powiedzieć, że zarabiałam relatywnie tyle samo pieniędzy. Musiałam jednak pracować trzykrotnie mniej! Nie stałam pod koniec miesiąca w sklepie ze wstydem na twarzy i w oczach, prosząc o wpisanie chleba do „zeszytu”. Jaka to była ulga! Było nas stać na jedzenie w restauracji! Wyobrażacie sobie? W Polsce było nas na to stać tylko do urodzenia się dziecka, w czasie gdy ja otrzymywałam stypendium z uniwersytetu. Mój facet jakoś nie mógł znaleźć dobrze płatnej pracy. Mogłam w Gandawie pić kawę w kawiarni!
Jeździliśmy na wakacje! Nie do rodziców, choć tam też, ale tylko na kilka dni. W tym krótkim czasie byliśmy kilka dni w Szwecji, na Teneryfie, w Paryżu z Gosią (moją Siostrą), w Polsce i trzy tygodnie we Włoszech. Syn był zawsze z nami. Jakoś nie uznaję wakacji bez dzieci, choć z dwójką jest już nieco inaczej.
Kupiłam sobie piękne ciuchy, do których muszę schudnąć po ciąży, ale to inna historia. W Polsce ubierałam się zwykle w lumpeksach. Nie z wyboru, z konieczności. Nawet na niektóre ubrania z lumpu nie było mnie stać….
No cóż, to był naprawdę inny świat. Nauczyłam się, że życie nie polega tylko i wyłącznie na podróżach między domem, pracą a szkołą. Nie musiałam walczyć o przetrwanie. Mieliśmy względną stabilizację, którą na własne życzenie naruszyłam, namawiając Męża do udziału w konkursie na stanowisko nauczyciela akademickiego w zakresie translacji na uniwersytecie w Amsterdamie. Nasze życie miało zmieć się znów i oczywiście zmieniło. Dla mnie i dla nas wszystkich. O tym nieco później.

Jeśli chcecie poczytać doświadczeniach emigracyjnych innych, zajrzyjcie tutaj .

Advertisements

6 thoughts on “Alfabet mojej emigracji – I jak inny świat

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s