Archiwum

Taki dzień

lemuel-butler-515

Photo by Lemuel Butler on Unsplash

Dawno temu dostałam od Mamy koszulkę z napisem:

I wish I could teleport myself

dziś naprawdę bym chciała. Wrzeszczący nastolatek jest nie na moje nerwy. Uczyć się dziecku nie chce. Od jutra tydzień egzaminów. Codziennie dwa. Jemu się nie chce.

Ma ktoś jakiś pomysł jak przekonać czternastolatka do nauki?

Zaznaczam, że agresja nie wchodzi w grę.

 

Reklamy

Lekcje od życia – loslaten

vlinders-1

foto: verkenjegeest.com

Loslaten to takie piękne niderlandzkie słówko, które zamyka w sobie jedną z najważniejszych dla mnie lekcji od życia. Najłatwiej chyba je zrozumieć tłumacząc – pozostawić własnemu biegowi. Ileż to już razy przerabiałam tę lekcję i nadal nie jestem w stanie opanować materiału.  Codzienność, na którą mam wpływ w zaledwie niewielkim stopniu, zdrowie, zachowania dzieci i ludzi wokół. To tylko czubek góry lodowej. Najchętniej kontrolowałabym wszystko i wszystkich. Tak już mam. Wyniosłam z domu.

Do niedawna żyłam w przekonaniu, że ja najdokładniej sprzątam, gotuję w najlepszy z możliwych sposobów głupie ziemniaki itp. Na szczęście zdrowy rozsądek i treningi uświadomiły mi, że jak nie odpuszczę skończę wypalona, wycieńczona i na wszystkich wokół wkurzona. Nauczyłam się więc pozwalać robić innym. Najczęściej wychodzę i nie patrzę, żeby nie komentować. Wracam, jak jest zrobione! Jaka ulga!

Właśnie uczę się kolejnej partii materiału. Jak zajść w ciążę i nie zwariować? Wielu z Was powie pewnie: wariatka, na stare lata jeszcze dzieci się jej zachciewa. Ano zachciewa. Właściwie zawsze tak było. Chciałam mieć troje dzieci. Oświadczyłam to Mężowi już na pierwszej randce, a On się zgodził :). Niestety jak wiadomo, nie zawsze otrzymujemy to, co chcemy. Nie należę do tych szczęściar, które tylko pomyślą, a już noszą cud pod sercem.

Bo wiecie – DZIECKO TO CUD. Tak na swe dzieci od dzisiaj patrzcie. Cud, który nie zdarza się wszystkim. Cud, odmieniający Wasze życie na zawsze, dany tylko wybranym. Patrzę na te moje CUDA, DZIWY i codziennie za nie dziękuję.

Myślę też o moich czterech aniołkach i czasem zastanawiam się ile jeszcze jestem w stanie znieść. Nie chcę robić nic na siłę i mam świadomość, że wszystko dzieje się w głowie. Nie zapominajcie o tym także – nie można oddzielić ducha od ciała. Ciało zawsze zareaguje na to, co dzieje się w naszej głowie. Moje ciało oszalało. Ciągle słyszę wokół ‚musisz loslaten’. Łatwo powiedzieć. Ostatnio odpuściłam, bo pomyślałam – jakoś to będzie, mamy czas, jak nie to nie. Teraz o wiele trudniej. Wtedy po prostu się poddaliśmy i się udało. Teraz trudno pozostawić rzeczy własnemu biegowi. Świadomość, że ma się mało czasu wcale nie ułatwia sprawy.

Nadal mam nadzieję.

 

 

Plan dnia

Foto: Curios Bino/unsplash Takie sytuacje, jak ta na fotografii, nie zdarzają mi się już od bardzo dawna :)

Foto: Curios Bino/unsplash
Takie sytuacje, jak ta na fotografii, nie zdarzają mi się już od bardzo dawna 🙂

Jest wtorek| środa 00:16 zaczynam pisać tekst na bloga.
Jakiś czas temu przeczytałam na czyimś blogu, proszę o wybaczenie, nie pamiętam na czyim, nie dlatego, że blog nie jest godny zapamiętania, ale dlatego, że nie zapisałam, a dzieje się tyle, że nie jestem w stanie wszystkiego spamiętać. Przeczytałam zatem, że w opinii tej blogerki, najlepsze w blogowaniu są matki. Rany Julek! Ja się pytam, jak one to robią? Albo raczej, co ja robię źle?
Nie tak dawno usłyszałam, że mnie nie widać na dworze i nie nawiązuję kontaktów towarzyskich.
Tyle udało mi się napisać wczoraj. O 00:21 obudził się Mały i zawołał „Mama bed”, co znaczy „do łóżka mamy”. Ponieważ nadal karmię piersią i nie chciało mi się zwisać z fotela do 1 w nocy, zabrałam go, jak zwykle zresztą, do łóżka. Z pisania wyszły nici. Pytam więc ponownie: kiedy te matki znajdują czas na pisanie, wstawianie zdjęć na Instagram, itp. Ja właśnie czekam na wejście do dentysty i wykorzystuję te pięć minut oczekiwania.
To była 10:10. Teraz jest 20:24. Mam szczęście, bo chłopaki padli już w łóżkach. Mały pewnie za chwilę będzie wołał ciciusiu, więc postaram się streszczać.
Zatem nie nawiązuję kontaktów towarzyskich. To prawda. Nie mam kiedy. Wieczorami nigdzie nie wychodzimy, chyba, że całą rodziną. Odbywa się to bardzo rzadko, gdy z wizytującą rodziną Męża, raz na kilka miesięcy, idziemy na kolację. Dzieci nie zostawiamy z nikim, bo ja karmię piersią i bez niej Mały nadal nie potrafi zasnąć. Jak zaśnie to na kilkadziesiąt minut. Nie przesypia całych nocy. Raz jedyny udało mu się spać 5 godzin.
Nasze dni są zaplanowane praktycznie co do minuty. W poniedziałek, na przykład, Mąż wstał o 7, pogonił Dużego do jedzenia, przygotował mu owoce i lunch do szkoły. Ja z Małym nadal w łóżku. Byłam nieprzytomna, bo Mały zrobił mi pobudkę o 4:32 i nawet nie wiem, o której zasnął. Wstał sam i pobiegł do Taty, który go ubrał i zrobił mu śniadanie. Nawet nie czułam, jak Mały wstał. Niedługo ta przyjemność 30 minut dłużej w łóżku się skończy, bo od 2 listopada zaczynam pracę, prawie codziennie. Wstałam o 8. Mąż pojechał na rowerze do szkoły z Dużym, potem do sklepu. Wrócił do domu koło 9:30 i o 10:30 wychodziliśmy już na spotkanie z organizacją, która ma nam, a zwłaszcza Dużemu pomóc przygotować się do szkoły średniej i nauczyć się uczyć, koncentrować na zadaniach. Tam byliśmy do 12. Mąż musiał biegiem do Amsterdamu. Zdążył w ostatniej chwili, a my z Małym do serwisu naprawy komputerów, by rozprawili się z wirusami, grasującymi po moim laptopie. Stamtąd wyszliśmy przed 13:30 i ruszyliśmy po coś na obiad. Potem na 20 minut do domu i o 14:30 po Dużego do szkoły. Ze szkoły do domu. W domu o 15:30. Jakiś podwieczorek, zabawa z Małym, lekcje z Dużym, przygotowanie kolacji. Mały nie spał w ciągu dnia, więc padł o 18:00. Kolacja. Tu je się gorącą kolację. Sprzątanie, pranie, składanie ubrań. Tłumaczenie… 2 z nocy spanie… Powiedzmy, że spanie, bo właśnie Mały budzi się na „ciciusiu” i tak kulamy się do rana.
Wtorek. Powtórka porannego rytuału. Wstałam nieco wcześniej, by pomóc Mężowi. O 9:30 musiałam z moją diastazą do Amsterdamu pojechać. Nikt się na tym u nas nie zna. Niewielu słyszało i niewielu wie, że ponad 90 procent kobiet po porodzie ma rozszczep mięśni brzucha i zwykłe ćwiczenia na mięśnie tegoż, tylko pogarszają sprawę. Walczę więc z moim i skrócił się o kilka centymetrów i zwęził o centymetr. Wróciłam o 11:40. Mąż biegiem do pracy. My z Małym na spacer i zakupy, na chwilę do domu. Po Dużego do szkoły razem z Małym, stamtąd na fizjoterapię – integrację sensoryczną Dużego. Stamtąd do domu. W domu 16:15. Zostawiliśmy plecak i worek ze strojem gimnastycznym, wypiliśmy trochę wody i biegiem po odbiór mojego laptopa. W drodze powrotnej coś na kolację. Mąż, wracający z pracy, dołączył do nas przy sklepiku z rybami. Przed 18 w domu. Kolacja, kąpanie, sprzątanie. Dostałam kolejną ofertę pracy, więc pół wieczora musiałam dzwonić i pisać do moich stałych uczniów, by poprzekładać lub odwołać lekcje, nawet pożegnać się. Wszystko dzieje się tak szybko! W każdym razie nagle była już 23:30 i trzeba było samemu się ogarnąć. Kiedy zaczęłam pisać, jak czytaliście powyżej, obudził się Mały.
Dziś od 7 pobudka, bo Duży wstał o 6 i grał na telefonie. Gdzie się go też nie schowa, wszędzie znajdzie…. Potem założył buty, „żeby być gotowym do wyjścia” (wychodzi o 8:30!!!!) i stukał nimi w tę i z powrotem po korytarzu! Mały oczywiście spał wtedy 5 minut dłużej ode mnie. Mąż to samo, co zwykle, ja z Małym. Po przyjściu Męża wybiegłam do dentysty. Przybiegłam. Mąż, po przyprowadzeniu Dużego i zjedzeniu lunchu „na szybko”, pobiegł do pracy, a ja zostałam z wrzeszczącym i biegającym po korytarzu towarzystwem. Gdy tylko przestało padać spakowałam towarzystwo i ruszyłam na dwór. Głowa mi już pękała i bałam się, że za chwilkę wpadnie do mnie sąsiadka z dołu, by uskarżać się na ruchy sejsmiczne jej sufitu. Wróciliśmy około 17. Kolacja dla Małego, potem dla Dużego (każdy je co innego!). Kąpanie Małego. Wrócił Mąż. Usypianie Małego. Mycie zębów Dużego. Herbata i pisanie postu tego.
Od poniedziałku będzie jeszcze ciekawej. Nie narzekam, bo generalnie jesteśmy dobrze zorganizowani. Teraz mała wtopa. Mąż źle zaplanował wieczorny wykład i nie ma z kim zostawić Małego i Dużego na jakąś godzinę. Nie wiem, co zrobimy, ale będę się martwić potem, teraz szukam rozwiązania!
Każdy dzień jest inny. Nie ma praktycznie czynności, które się powtarzają. Poza wychodzeniem do szkoły. Szkolne dni mają różną długość. Czasem muszę zabrać Dużego wcześniej ze względu na fizjoterapię albo wizytę u psychologa. Niedługo dojdzie mu 2-3 razy w tygodniu pomoc w sprawach szkolnych w domu. Wszystko musi więc lśnić w tej Misiowej jaskini :), co najłatwiejsze nie jest.
Kiedy Wy o Matki blogerki macie czas, by codziennie (niektóre tak robią) wstawiać nowe posty i pielęgnować Instagram, Facebook, a oprócz tego dbać o kontakty towarzyskie??? Chętnie się dowiem! Słowo daję! Podzielcie się pomysłami! Zaznaczam, że nikt z naszej rodziny, ani przyjaciół nie mieszka w granicach tego kraju, więc te genialne pomysły odpadają :).

Alfabet mojej emigracji – f jak flamandzki

Vlaamse leeuw foto: hln.be

Vlaamse leeuw foto: hln.be

Moje trzy lata w Belgii zaowocowały znajomością języka niderlandzkiego czy, jak niektórzy chcą belgijskiego-niderlandzkiego. Na początek wyjaśnię może wszystkie wątpliwości. Belgowie we Flandrii uczą się niderlandzkiego, a nie flamandzkiego. Na wiki jedynie pierwsza część pierwszego zdania, mówiąca o tym, że flamandzki to odmiana niderlandzkiego, jest prawdziwa. Reszta to pomieszanie prawdy i fałszu, które warto by zmienić. Flamandzki nie jest językiem oficjalnym w Belgii, jest nim niderlandzki, dzieląc tę pozycję z francuskim i niemieckim. Flamandzki to dialekt i nie uczy się go nigdzie, poza domem, a poznaje na dialektologii, na uniwersytecie. Kiedy ludzie notorycznie mylą określenie dialektu i języka oficjalnego, dostaję drgawek. Zwłaszcza, gdy robią to Ci z tytułami, którzy nie powinni.

Tu w Holandii wszyscy zachwycają się flamandzkim akcentem Męża. Taki miękki i śpiewny. Nie masz wrażenia, że połknął surowy kartofel :). Ja już prawie, prawie mojego miękkiego akcentu nie mam. To skutek codziennych rozmów z Holendrami. Niestety. Mówię niestety, bo już mój poprzedni akcent polubiłam, a teraz tkwię gdzieś pomiędzy, nie jestem chyba w stanie, a może jeszcze nie, posiąść tego chropowatego holenderskiego akcentu.

W każdym razie na początku tego roku powstała tak zwana „het Gele Boekje” – żółta książeczka, nieoficjalny dokument, wydana przez belgijski dziennik De Standaard, a opisująca wszystkie słowa, które prawidłowym niderlandzkim są i takie, które nie są. Zrobiło to wrażenie także na twórcach wielkiego, najważniejszego słownika języka niderlandzkiego Van Dale Groot woordenboek van de Nederlandse taal, zwanego też Dikke Van Dale, czyli Gruby Van Dale (Van Dale to wydawnictwo), którzy umieścili w najnowszym, świeżutkim wydaniu wszystkie wyrazy z języka belgijskiego-niderlandzkiego, które za prawidłowy niderlandzki w końcu uznane zostały. W końcu okazuje się, że istnieje zaledwie trzy tysiące tak zwanych belgijskich-niderlandzkich słów, podczas gdy Van Dale zawiera ich trzysta tysięcy. Nie może to przecież utrudniać komunikacji. Prawda? Szczęśliwych posiadaczy znajomości języka niderlandzkiego zapraszam tutaj: de Volkskrant i De Standaard oraz Van Dale :).

Wróćmy do mojego niderlandzkiego. Kiedy stanęłam na gandawskiej ulicy doznałam szoku. Co to za język? Litości! Nie rozumiałam ani jednego słóweczka, nul, zero! Nie wiedziałam, gdzie kończy się jedno słowo i zaczyna drugie. Byłam bliska płaczu. Postanowiłam od razu wziąć byka za rogi, ale okazało się, że na tego byka nie bardzo jestem gotowa. Musiałam się najpierw porządnie osłuchać. Z pomocą przyszło mi radio! Słuchałam non stop. Telewizja, wiadomości, codzienne, darmowe gazety. Mówiłam biegle po francusku, więc nie czułam przymusu uczenia się kolejnego języka, którego melodia była mi obca. Zazdrościłam Niemcom. Dla nich niderlandzki to łatwizna. Tabuny Niemców przyjeżdżają na studia do Flandrii. Z językiem radzą sobie błyskawicznie, a nauka kosztuje takie grosze, że im się opłaca. Poza tym na studia się zapisujesz, nie zdajesz egzaminu wstępnego. Raj na ziemi :).

Minęło pół roku. Mąż zagościł w naszym życiu na stałe, a moja teściowa powiedziała, że chce ze mną na naszym ślubie mówić po niderlandzku, bo francuski już zapomniała. Mój teść, emerytowany nauczyciel francuskiego, bardzo się zasmucił, bo tracił tym samym jedyną osobę, która z nim po francusku rozmawiała. Chciałam jednak zrozumieć dobrze wszystko, czego uczy się Syn, móc pomagać mu w zadaniach domowych, rozumieć, co do mnie mówią na zebraniach rodziców i wywiadówkach (to spotkania indywidualne z nauczycielem), więc się przemogłam i nauczyłam. Poszło dosyć szybko. Niestety żadna, nawet najlepsza szkoła językowa nie nauczy cię języka. Nauczy cię wszystkiego o języku, języka musisz nauczyć się sam. Wychodząc do ludzi, prowokując rozmowy w sklepach, na ulicy, w aptece, w szkole, u lekarza. Chyba nawet mogę powiedzieć, że jestem dumna, bo nigdy nie potrzebowałam tłumacza, a przeszłam naprawdę różne, mniej lub bardziej skomplikowane procedury medyczne w szpitalach w Gandawie i Haarlemie. Na początku, w Belgii, pomagałam sobie francuskim, gdy mi niderlandzkich słówek brakło, a tu nie mam już wyjścia, tych, którzy francuskim władają można na palcach policzyć. :).
Niespełna tydzień po przyjeździe tutaj zdałam egzamin państwowy na poziomie B2. Dziwne, ale jakoś dziś nie mam poczucia, że to coś wielkiego, wtedy tak myślałam, bo obok mnie siedziały dziewczyny od wielu lat mieszkające w Holandii, a do tego egzaminu podchodzące po raz piąty. Mnie udało się cztery części za pierwszym razem. Jak z prawem jazdy :). Cieszyłam się, bo tanie to nie było. Teraz czas na C1, ale czasu właśnie mi brak :).

Zachęcam wszystkich do nauki języka kraju, w którym przyszło im żyć. Nie wyobrażam sobie, jak można pojechać gdzieś, nie znając jakiegokolwiek języka obcego. To przecież koszmar. Doświadczają go moi rodzice na spotkaniach rodzinnych. Ciągle musimy tłumaczyć. Na szczęście Mąż zna prawie doskonale język polski, co niczym nadzwyczajnym w jego wykonaniu nie jest, jak zwykł mawiać zna w sumie dwanaście i pół języka. Bawi mnie to, bo sam nigdy nie wie, którego to pół dotyczy :).

Umiejętności językowe posiada każdy. Nie wszyscy są geniuszami. Ja nie jestem. Nauka języka to ciężka praca. Powtarzanie, słuchanie, czytanie, a najważniejsze – używanie. Nie jest tak bardzo istotne, ile błędów gramatycznych zrobiłeś. Ważne jest, że potrafisz się porozumieć! To bezcenne!

Uczcie się języków obcych krajów, w których mieszkacie i pracujecie Kochani. Uczcie się ze względu na szacunek dla kultury i mieszkańców, ale przede wszystkim ze względu na szacunek dla samych siebie! Przecież my Polacy potrafimy! Zostaliśmy obdarzeni wyjątkowo giętkim aparatem mowy. Umiemy wymówić głoski w jednym z najtrudniejszych języków świata! Cóż nas może powstrzymać?

Do dzieła!

Alfabet emigracji na f u innych blogerek znajdziecie tutaj: Alfabet

Liebster Blog Award again! Dziękuję!!!

20151011_072219

Kochani, otrzymałam kolejną nominację. Tym razem od karmellove, która na swoim blogu pokazuje życie w Irlandii, widziane Jej oczami. Interesujące teksty i piękne zdjęcia! Warto poczytać.
Tymczasem znów dowiecie się czegoś o mnie! Matko, jakam ja wylewna! 🙂
1. Czy czujesz satysfakcję z tego kim jesteś?

Powiem tak, wiem, że nie chciałabym być kimś innym. Nie zamieniłabym się z nikim na moje życie. Doszłam już daleko i, powtórzę to kolejny raz, wiem, że jestem na dobrej drodze. ALE! Oczywiście znajdą się rzeczy, które chciałabym robić lepiej, szybciej, wydajniej. Jestem SOBĄ. Nauczyłam się akceptować fakt, że daleko mi do ideału. Codziennie uczę się loslaten, jak mówią Holendrzy, czyli odpuszczać. Odpuszczać jest trudno, kiedy się wyrosło w poczuciu, że dobry to nie dobry, a piątka powinna nie mieć minusa. Ciągła potrzeba utwierdzania w przekonaniu, że jest się dobrym i absolutny brak wiary w siebie bardzo ciążą. Jednak uczę się! Z utęsknieniem czekam na „Big Magic” Elizabeth Gilbert. Mikołaj obiecał, że przyniesie. Mam nadzieję, że do tego czasu nie wykupią!
2. Blogowanie w twoim życiu jest numerem 1?

🙂 Genialne! Wczoraj byłam na uroczystym wieczorze w Ambasadzie RP w Hadze. Wieczorze z okazji Dnia Edukacji Narodowej, czyli Dnia Nauczyciela :). Było naprawdę pięknie. Oprócz przemówienia ambasadora, mieliśmy okazję znaleźć się w posiadaniu nowej książki Agnieszki Steur i posłuchać pięknego koncertu jazzowego. Oczywiście nie zabrakło pyszności z ambasadorskiej kuchni :). Tam inna nauczycielka przyznała, że czasem zagląda na mojego bloga, a ja wyznałam, że właśnie w drodze do Hagi, siedząc w pociągu dumałam, że chyba napiszę post o tym, że nie mam kiedy pisać! Nie mam kiedy pisać! Ratunku! W ciągu dnia zajmuję się głównie moim niespełna dwulatkiem, po południu biegamy z dwunastolatkiem po przeróżnych specjalistach, a potem walczymy, by zmusić jego umysł do półgodzinnej koncentracji nad pracą domową. Słowo daję więcej się nie da… Jemy, myjemy. Obu, bo starszego także trzeba przypilnować, inaczej stoi pod prysznicem, lejąc na siebie wodę i snując przemyślenia, nie tknąwszy płynu do kąpieli. Razem myjemy też zęby, by na kolejnej co pięciotygodniowej kontroli nie mieć poczucia winy, że znów pod tym względem porażka. Dajemy cycusia prawie dwulatkowi, który inaczej zasnąć nie potrafi i, jak mamy szczęście, możemy, gdzieś między 21 a 22 zacząć „czas dla siebie”. Zostałam przy liczbie mnogiej :). Czasem mam wrażenie, że kilka osób biega wokół, nie ja jedna. Nie, nie cierpię na rozdwojenie jaźni, spokojnie. 🙂 Chyba mam ADHD.
Wracając do pytania. Nie chciałabym, by blogowanie było numerem 1 w moim życiu. Chciałabym natomiast mieć nieco więcej czasu, by pisać. Mam tyle do napisania! A właśnie spojrzałam na zegarek i już 23:58!

3. Miejsce, które pragniesz odwiedzić?

Paradoksalnie trudne pytanie. Tak naprawdę byłam w niewielu miejscach i tych, które chciałabym odwiedzić jest mnóstwo. Cztery lata temu spędziliśmy trzy tygodnie we Włoszech, jednak oczywiście nie widzieliśmy wszystkiego, dlatego bardzo chcemy tam wrócić i zobaczyć Kalabrię. Tym razem już tylko na kilka dni. Z dwójką dzieci nieco weselej 🙂

4. Ulubiona potrawa,dlaczego akurat ta?
Uwielbiam kuchnię włoską. Na myśl o tych pysznościach zaczynają pracować moje ślinianki. Nie mam ulubionej potrawy. Lubię poznawać ciągle nowe włoskie dania. Za każdym razem staramy się odwiedzać inną włoską restaurację w okolicy. W naszym pudełeczku z wizytówkami składamy te, w których jedzenie najbardziej nam smakowało. Ale jestem głodna! A tu po północy i zakaz spożywania posiłków! 🙂

5. Najpiękniejsze wspomnienie.

Dużo pięknych, za które codziennie dziękuję! Jedno przyszło mi natychmiast po przeczytaniu pytania do głowy. Moment, kiedy po ostatniej cesarce, wreszcie zeszło znieczulenie i mogłam się znaleźć w naszym szpitalnym pokoju z Synkiem, Synem i Mężem. Cudowne uczucie ciepła, czułości i miłości. Miałam wrażenie, że otacza nas jakaś szczególna aura. Nadal, kiedy siedzimy razem i przyglądam się moim chłopakom, czuję, że nie ma większego szczęścia niż to, które jest mi dane.

6. Książka,którą szczerze możesz polecić.

Szczerze polecam książki Beaty Pawlikowskiej. Podoba mi się Jej filozofia życiowa. Bardzo lubię Elizabeth Gilbert. Wszyscy powinni przeczytać „I Only Say This Because I Love You” Deborah Tannen, a dla kompletnego relaksu „Yoga Bitch” Suzanne Morrison.

7. Instagram czy Facebook,co bardziej Cię wciąga,dlaczego?

Korzystam z obu mediów. Bardziej pochłania Facebook, głównie dlatego, że czytam blogi i artykuły prasowe. Staram się jednak bardzo ograniczać to korzystanie, gdyż zżera mój czas na pisanie!

8. Pastele czy neony?

Pastele. Neony są dla mnie zbyt agresywne. Przy mojej energii potrzebuję raczej wyciszenia, a nie podrażnienia :). Jedyna neonowa rzecz, jaką posiadam to kamizelka w aucie :).

9. Co wywołuje u ciebie największy strach?

Rany! No tak. Mogę się nazwać controlefreak. Przeraża mnie, że stanie się coś, na co nie będę miała wpływu. Nie chodzi mi tu o rozlane mleko, ale o moje dzieci czy męża. Staram się o tym nie myśleć, bo świadomość, że dzieje się coś, mnie tam nie ma, nie mogę nic zrobić, by pomóc, ratować, bronić, paraliżuje mnie. To straszne poczucie bezsilności. Kiedy Mąż jest gdzieś daleko i nagle nie mamy kontaktu przez kilka godzin, moja głowa wypełnia się strasznymi wizjami. Nie jestem w stanie nad nimi zapanować ani się ich pozbyć. Nie mogę normalnie funkcjonować, na niczym się skupić. Nie znoszę tego!
10. Kręgle czy bilard?

WOW! Chyba tak naprawdę nie grałam ani w jedno, ani w drugie. Troszkę w bilarda. Mhmmm… Na czym to ja spędziłam moje nasto- i dziestoletnie życie? Chyba na nauce i byciu opiekunką i kierownikiem na koloniach :).
11. Co skłoniło cię do blogowania?

Moim marzeniem było napisanie książki. Nie żadnej konkretnej. Po prostu jakiejś. Jednak głowa ma przecudna wypełniona jest tyloma pędzącymi myślami, że jestem w stanie skupić się tylko na napisaniu posta czy artykułu. Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem udało mi się wyprodukować doktorat. Wiem! Gdyby nie profesor P. nie byłoby dr przed moim nazwiskiem. Ilekroć miałam jakiś pomysł na książkę, wydawał mi się on banalny. Po co pisać coś banalnego? Uwielbiam pisać. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Dzięki pisaniu czuję, że żyję. Stąd mój blog.
Tymczasem jest 1:15! Publikuję! A jeszcze dzisiaj, w rozsądnych godzinach porannych, gdy jedni w szkole, a inni na Little Gym, pomyślę nad dalszą częścią zobowiązania! Dobranoc! Ania 🙂

Zostałam wezwana do tablicy :) – Liebster Blog Award

Liebster Blog Awards

Pierwszy raz zostałam do czegoś nominowana i jeszcze nie bardzo wiem, jak to ogarnąć, więc jeśli popełnię tu gdzieś błąd proszę bardzo o korektę! Do zabawy  Liebster Blog Awards nominowała mnie Asia, autorka bloga Polsko – francuski punkt widzenia. Dziękuję Asiu. Asia przygotowała zestaw pytań dla wytypowanych przez Nią blogerek. Oprócz mnie wywołane zostały:  Mama w Paryżu, Niania w ParyżuNie zawsze poprawne zapiski Dee, Mama z prądem i pod prądFrancuskie życie i Sylwia z Garoterapii. Poniżej znajdziecie moje odpowiedzi na pytania Asi.

1. Gdybyś mogła przeprowadzić się do dowolnego miejsca na świecie było by to… Południe Francji
2. Właśnie otrzymałaś spadek po kimś z dalekiej rodziny. Masz szansę na nowe życie, jedynym warunkiem jest przeniesienie się do innego, kompletnie nieznanego ci kraju, co robisz? Nie jestem typem, który rzuca wszystko i wyjeżdża, zwłaszcza, że mam małe dzieci. Najpierw orientuję się w sytuacji i perspektywach na życie, szkołę, pracę. Jeśli takich nie ma albo zorientowanie się jest niemożliwe – odmawiam spadku. Gdyby ten spadek przypadł mi w udziale dwadzieścia lat temu, jechałabym bez zastanowienia.
3. W sytuacjach stresowych zachowujesz zimną krew, czy kompletna z Ciebie panikara? Zależy jaka to sytuacja stresowa. Gdy mam ratować życie krztuszącego się dziecka, zachowuję zimną krew, natomiast gdy jestem wykończona fizycznie, bo nie śpię kolejną noc, a właśnie urwie mi się wieszak, na którym przy wózku wisi ciężka torba z zakupami, potrafię wrzasnąć i zakląć.
4. Gdybyś miała do wyboru skok ze spadochronem lub zanurkowanie na kilkudziesięciu metrach, co być wybrała? Chyba skok ze spadochronem, niestety nie potrafię pływać. Choć muszę przyznać szczerze, że za lataniem też nie przepadam. Podziękowałabym. Ze sportów ekstremalnych wybieram wielogodzinne spacery brzegiem morza 😉
5. Książka, która już zawsze będzie Twoją ulubioną? Chyba nie mam ulubionej. Kiedyś dużo czytałam. Wstyd się przyznać, ale teraz zaczynam coś i nie mam czasu skończyć. Ostatnio śmiałam się do łez przy niderlandzkim tłumaczeniu książki „Yoga Bitch” Suzanne Morrison. Wcześniej płakałam i wzruszałam się przy polskim tłumaczeniu „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert. Kiedy sześć lat temu z moimi ostatnimi maturzystami czytałam ponownie „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall, dusiłam się od łez, które utykały mi w gardle. Nie jestem w stanie przeczytać tej książki raz jeszcze.
6. Pozwolono Ci dopisać lub zmienić zakończenie wybranej przez Ciebie książki lub filmu. Jakiej/jakiego i co byś w niej/nim zmieniła? Zmieniłabym chyba zakończenie serialu :). Mam na myśli „Przyjaciół”. Jakoś tak urwało się właśnie w momencie, gdy już wszystko trafiało na właściwe tory. Niby dobry moment na zakończenie, ale chciałam jeszcze wiedzieć, jak im w nowych rolach i nowych życiach. No cóż, bardzo trywialne :).
7. Załóżmy, że to Ty musisz zdecydować, kim będą Twoje dzieci w przyszłości. Co byś dla nich wybrała, wiedząc, że znasz wszystkie ich mocne i słabe strony? Jeśli chodzi o starszego Syna to widzę dwa bieguny, albo będzie robił coś, co wymaga znajomości wielu języków obcych – ich nauka nie sprawia mu najmniejszych problemów, albo coś z kosmosem, przestrzenią czy wynalazkami – w dziedzinie nauki i techniki posiada ogromną wiedzę. Co do młodszego nie mam zielonego pojęcia, nie skończył jeszcze dwóch lat. Na razie doskonale radzi sobie ze zrozumieniem języka polskiego i niderlandzkiego. Ma też niesamowitą pamięć. A tak między nami, mam nadzieję, że kiedy moje dzieci będą na tyle dorosłe, by samodzielnie decydować o własnym życiu, wybiorą taką pracę, która będzie im dawała satysfakcję. A jeśli się pomylą w wyborze, ufam, że będą miały na tyle siły i odwagi, by wywrócić swoje życie do góry nogami i zacząć od nowa.
8. Lato, jesień a może zima? Za jaką porą roku tęsknisz najbardziej? W Holandii? Za polską zimą, mroźną i śnieżną, ale słoneczną. Takie mam wyidealizowane wspomnienie. Jednak tak naprawdę zawsze tęsknię za wiosną. Tutaj to, według mnie, najpiękniejsza pora roku. Kocham marzec i kwiecień za promienie ciepłego słońca i kobierce z krokusów i żonkili w każdym parku. Maj i czerwiec za wybujałą zieloność i blask wody w kanałach. Uwielbiam czuć oddech wiosennego powietrza na mojej twarzy, czuję wtedy na energia powraca w moje ciało. Kocham wiosnę!
9. Czy jest w blogosferze ktoś, kogo podziwiasz i kogo chciałabyś naśladować? Zapytaj mnie za rok, dwa. Jestem tu bardzo krótko, mimo, że blog powstał rok temu, i dopiero poznaję, uczę się, doświadczam. Są osoby, z którymi już jest mi po drodze. Nauczyło mnie jednak życie, by zbyt szybko nie ferować wyroków, więc poczekam :).
10. Czy poza blogowaniem masz jakieś hobby? W tym momencie to nadal hobby, ale mam nadzieję, że zamieni się w źródło dochodów – tłumaczenie literackie.
11. Czy w Twoim blogowym życiu szykują się jakieś zmiany? Zamierzam być konsekwentna w pisaniu i nie odrzucać żadnych myśli, nawet tych, które pozornie wydają się błahe i nie zasługujące na publikację. Jak pisałam wyżej, właściwie dopiero stawiam pierwsze kroczki w blogowym życiu i ufam, że będę się rozwijać. :).

Jeśli jakaś odpowiedź wydaje Wam się niedopowiedziana, chętnie dopowiem. Tymczasem moje pytania, które kieruję do: Doroty – Nie zawsze poprawne zapiski Dee, Violi – Storyland, Ani – Anna Maria po polsku, Doroty – Kropla Arganu, Jagody – Włochy by obserwatore, Justyny – Justa poza granicami.

A oto pytania:
1. Gdybyś mogła odbyć podróż do przeszłości, zmieniłabyś coś w swoim życiu? Jeśli tak, co?
2. Jakie dzieło sztuki zrobiło na Tobie największe wrażenie i dlaczego?
3. Ile czasu w tygodniu poświęcasz własnemu blogowi? Jaką rolę odgrywa on w Twoim życiu?
4. Jaka, ostatnio przeczytana, książka wywarła na Tobie ogromne wrażenie i dlaczego?
5. Czy robisz coś na zasadzie wolontariatu? Działasz społecznie? Jeśli tak, co? Jeśli nie, dlaczego?
6. Gdybyś miała okazję wybrać jako kto przyjdziesz na świat, kim chciałabyś być? Gdzie się urodzić? Jakie wieść życie?
7. Poleć mi proszę dobry film, który powinnam koniecznie obejrzeć.
8. Jaki jest Twój sposób na radzenie sobie ze stresem?
9. Gdzie najchętniej wybrałabyś się na wakacje i dlaczego?
10. Jeśli miałabyś okazję coś stworzyć lub wynaleźć, co by to było? Dlaczego właśnie to?
11. Czy istnieje osoba, która jest dla Ciebie wzorem, z którą się utożsamiasz? Jeśli tak, kto i dlaczego?

Wybór blogerek był dla mnie najtrudniejszy, właśnie dlatego, że prawie nikogo nie znam. Jeśli tylko macie ochotę udzielić odpowiedzi na moje pytania możecie to zrobić w komentarzach pod postem. Wszyscy chętni mile widziani!

Pozdrawiam cieplutko i życzę Wam dobrej zabawy!

Ania

Alfabet mojej emigracji – E jak Mąż :)

The House of Eliott Foto: zouropi.com

The House of Eliott Foto: youropi.com

Mój Mąż ma na imię E. Chciał być tajemniczy, więc niech tak zostanie :). Poznałam go drugiego dnia pobytu w Belgii, był koniec sierpnia. Weszłam do gabinetu, nazwijmy go „polonistów”, i tam siedział, lekko zgarbiony za swoim biurkiem. Gdy moje oczy ujrzały tę chudą, długą, odzianą w ciemny, porozciągany sweter postać, mój duch wiedział już, że patrzy na moją Przyszłość. Wypytałam o Niego Czeszkę, która patrzyła na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Niestety nie wiedziała czy jest sam. Ja nie mogłam tak od razu wypalić, więc odwiesiłam pytanie na kołek i żyłam. Wtedy z całą pewnością nie byłam na E. gotowa. Mój Rycerz na białym koniu pomagał mi ciągle, głównie pożyczając pieniądze na zaliczkę za mieszkanie i zakupienie jakichś łóżek do mieszkania. Wiedział, że nie mogę mu oddać natychmiast, ale nie zadawał pytań. Wyjeżdżał na konferencje, wracał, prowadził zajęcia i delikatnie się uśmiechał.
Nadszedł styczeń, a dla mnie stało się jasne, że czas pożegnać Francuza. Wyprowadził się na początku lutego. Przyleciał mój Tata, żeby nam nie było samotnie i smutno. Tatuś, jestem Ci za to bardzo wdzięczna! Robiłam porządki w mieszkaniu i w życiu. Wyrywałam chwasty. Przygotowywałam grunt.
Pewnego dnia pod koniec marca stałam przy faksie w sekretariacie. Kolejny raz wysyłałam listę moich książek, o które w trakcie rozprawy o podział majątku dopominał się ojciec Syna. Pozostawię to bez komentarza. Do pokoju wszedł E. w poszukiwaniu jakichś papierów czy książki, nie możemy sobie przypomnieć :). Powiedziałam wtedy, że faceci są okropni, a on chyba jest tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jak zwykle uśmiechnął się delikatnie. 🙂 W końcu wypaliłam: „E. czy Ty przypadkiem nie szukasz żony?”. Zaczął się śmiać. „Tak, szukam!”. Ta odpowiedź zaskoczyła z kolei mnie! „Zatem jestem kandydatką numer jeden!”. Znów śmiech. Jak się potem okazało, E. myślał o kobiecie, nie o żonie. Kobieta po czesku to žena :). No tośmy się dogadali!
Chwilę potem zaprosiłam go na kawę, w ramach podziękowania za dotychczasową pomoc. Zgodził się, a ja już wiedziałam. Kawa zamieniła się w lunch w rewelacyjnej restauracyjce, prowadzonej przez uroczych gejów w centrum Gandawy. Kiedy usiedliśmy i podano nam białe wino, powiedziałam mu wprost, że wiem co do mnie czuje i proponuję, byśmy sobie dali szansę. Zgodził się znowu. Łaziliśmy długo pięknymi, gotyckimi uliczkami aż nadeszła pora kolacji.
Syn został w domu z moim Tatą. Tata odchodził od zmysłów, bo oczywiście nie zadzwoniłam, by go uprzedzić, że lunch się nieco wydłużył. Gdy jednak E. otworzył usta, a Tata usłyszał język polski, jego złość odpłynęła daleko, ustąpiła miejsca radości. E. natychmiast także stał się częścią życia Syna, zupełnie, jakby zawsze był. Miałam wrażenie, że świat przestał wirować, że chwila trwa, a ja stoję i obserwuję wszystko w zwolnionym tempie. To poczucie dopełnienia, jakie miałam w tamtym momencie nadal trwa.
Zgodnie z życzeniem E., ślub wzięliśmy w Polsce, w listopadzie. Sprowadziliśmy rodzinę E. i naszych belgijskich przyjaciół. Mama miała pełen dom i była w swoim żywiole, a oni poznali, oj poznali, polską gościnność! Dzięki Mamuś!
Nie, nasze życie nie jest oświeceniową sielanką. Codziennie zmagamy się z przeciwnościami, doświadczyliśmy dwukrotnie najgorszego rodzaju żałoby. Jednak właśnie te trudne sytuacje pokazują, że zawsze i wszędzie mogę na E. liczyć. Jest przy mnie i dla mnie. Jest dla dzieci, gdy te go potrzebują. Nic innego nie ma wówczas znaczenia. Wiem, że jestem na dobrej drodze, u boku właściwego człowieka. Nikt inny by ze mną nie wytrzymał!