Tag Archive | dziecko

Lekcje od życia – loslaten

vlinders-1

foto: verkenjegeest.com

Loslaten to takie piękne niderlandzkie słówko, które zamyka w sobie jedną z najważniejszych dla mnie lekcji od życia. Najłatwiej chyba je zrozumieć tłumacząc – pozostawić własnemu biegowi. Ileż to już razy przerabiałam tę lekcję i nadal nie jestem w stanie opanować materiału.  Codzienność, na którą mam wpływ w zaledwie niewielkim stopniu, zdrowie, zachowania dzieci i ludzi wokół. To tylko czubek góry lodowej. Najchętniej kontrolowałabym wszystko i wszystkich. Tak już mam. Wyniosłam z domu.

Do niedawna żyłam w przekonaniu, że ja najdokładniej sprzątam, gotuję w najlepszy z możliwych sposobów głupie ziemniaki itp. Na szczęście zdrowy rozsądek i treningi uświadomiły mi, że jak nie odpuszczę skończę wypalona, wycieńczona i na wszystkich wokół wkurzona. Nauczyłam się więc pozwalać robić innym. Najczęściej wychodzę i nie patrzę, żeby nie komentować. Wracam, jak jest zrobione! Jaka ulga!

Właśnie uczę się kolejnej partii materiału. Jak zajść w ciążę i nie zwariować? Wielu z Was powie pewnie: wariatka, na stare lata jeszcze dzieci się jej zachciewa. Ano zachciewa. Właściwie zawsze tak było. Chciałam mieć troje dzieci. Oświadczyłam to Mężowi już na pierwszej randce, a On się zgodził :). Niestety jak wiadomo, nie zawsze otrzymujemy to, co chcemy. Nie należę do tych szczęściar, które tylko pomyślą, a już noszą cud pod sercem.

Bo wiecie – DZIECKO TO CUD. Tak na swe dzieci od dzisiaj patrzcie. Cud, który nie zdarza się wszystkim. Cud, odmieniający Wasze życie na zawsze, dany tylko wybranym. Patrzę na te moje CUDA, DZIWY i codziennie za nie dziękuję.

Myślę też o moich czterech aniołkach i czasem zastanawiam się ile jeszcze jestem w stanie znieść. Nie chcę robić nic na siłę i mam świadomość, że wszystko dzieje się w głowie. Nie zapominajcie o tym także – nie można oddzielić ducha od ciała. Ciało zawsze zareaguje na to, co dzieje się w naszej głowie. Moje ciało oszalało. Ciągle słyszę wokół ‚musisz loslaten’. Łatwo powiedzieć. Ostatnio odpuściłam, bo pomyślałam – jakoś to będzie, mamy czas, jak nie to nie. Teraz o wiele trudniej. Wtedy po prostu się poddaliśmy i się udało. Teraz trudno pozostawić rzeczy własnemu biegowi. Świadomość, że ma się mało czasu wcale nie ułatwia sprawy.

Nadal mam nadzieję.

 

 

Plan dnia

Foto: Curios Bino/unsplash Takie sytuacje, jak ta na fotografii, nie zdarzają mi się już od bardzo dawna :)

Foto: Curios Bino/unsplash
Takie sytuacje, jak ta na fotografii, nie zdarzają mi się już od bardzo dawna 🙂

Jest wtorek| środa 00:16 zaczynam pisać tekst na bloga.
Jakiś czas temu przeczytałam na czyimś blogu, proszę o wybaczenie, nie pamiętam na czyim, nie dlatego, że blog nie jest godny zapamiętania, ale dlatego, że nie zapisałam, a dzieje się tyle, że nie jestem w stanie wszystkiego spamiętać. Przeczytałam zatem, że w opinii tej blogerki, najlepsze w blogowaniu są matki. Rany Julek! Ja się pytam, jak one to robią? Albo raczej, co ja robię źle?
Nie tak dawno usłyszałam, że mnie nie widać na dworze i nie nawiązuję kontaktów towarzyskich.
Tyle udało mi się napisać wczoraj. O 00:21 obudził się Mały i zawołał „Mama bed”, co znaczy „do łóżka mamy”. Ponieważ nadal karmię piersią i nie chciało mi się zwisać z fotela do 1 w nocy, zabrałam go, jak zwykle zresztą, do łóżka. Z pisania wyszły nici. Pytam więc ponownie: kiedy te matki znajdują czas na pisanie, wstawianie zdjęć na Instagram, itp. Ja właśnie czekam na wejście do dentysty i wykorzystuję te pięć minut oczekiwania.
To była 10:10. Teraz jest 20:24. Mam szczęście, bo chłopaki padli już w łóżkach. Mały pewnie za chwilę będzie wołał ciciusiu, więc postaram się streszczać.
Zatem nie nawiązuję kontaktów towarzyskich. To prawda. Nie mam kiedy. Wieczorami nigdzie nie wychodzimy, chyba, że całą rodziną. Odbywa się to bardzo rzadko, gdy z wizytującą rodziną Męża, raz na kilka miesięcy, idziemy na kolację. Dzieci nie zostawiamy z nikim, bo ja karmię piersią i bez niej Mały nadal nie potrafi zasnąć. Jak zaśnie to na kilkadziesiąt minut. Nie przesypia całych nocy. Raz jedyny udało mu się spać 5 godzin.
Nasze dni są zaplanowane praktycznie co do minuty. W poniedziałek, na przykład, Mąż wstał o 7, pogonił Dużego do jedzenia, przygotował mu owoce i lunch do szkoły. Ja z Małym nadal w łóżku. Byłam nieprzytomna, bo Mały zrobił mi pobudkę o 4:32 i nawet nie wiem, o której zasnął. Wstał sam i pobiegł do Taty, który go ubrał i zrobił mu śniadanie. Nawet nie czułam, jak Mały wstał. Niedługo ta przyjemność 30 minut dłużej w łóżku się skończy, bo od 2 listopada zaczynam pracę, prawie codziennie. Wstałam o 8. Mąż pojechał na rowerze do szkoły z Dużym, potem do sklepu. Wrócił do domu koło 9:30 i o 10:30 wychodziliśmy już na spotkanie z organizacją, która ma nam, a zwłaszcza Dużemu pomóc przygotować się do szkoły średniej i nauczyć się uczyć, koncentrować na zadaniach. Tam byliśmy do 12. Mąż musiał biegiem do Amsterdamu. Zdążył w ostatniej chwili, a my z Małym do serwisu naprawy komputerów, by rozprawili się z wirusami, grasującymi po moim laptopie. Stamtąd wyszliśmy przed 13:30 i ruszyliśmy po coś na obiad. Potem na 20 minut do domu i o 14:30 po Dużego do szkoły. Ze szkoły do domu. W domu o 15:30. Jakiś podwieczorek, zabawa z Małym, lekcje z Dużym, przygotowanie kolacji. Mały nie spał w ciągu dnia, więc padł o 18:00. Kolacja. Tu je się gorącą kolację. Sprzątanie, pranie, składanie ubrań. Tłumaczenie… 2 z nocy spanie… Powiedzmy, że spanie, bo właśnie Mały budzi się na „ciciusiu” i tak kulamy się do rana.
Wtorek. Powtórka porannego rytuału. Wstałam nieco wcześniej, by pomóc Mężowi. O 9:30 musiałam z moją diastazą do Amsterdamu pojechać. Nikt się na tym u nas nie zna. Niewielu słyszało i niewielu wie, że ponad 90 procent kobiet po porodzie ma rozszczep mięśni brzucha i zwykłe ćwiczenia na mięśnie tegoż, tylko pogarszają sprawę. Walczę więc z moim i skrócił się o kilka centymetrów i zwęził o centymetr. Wróciłam o 11:40. Mąż biegiem do pracy. My z Małym na spacer i zakupy, na chwilę do domu. Po Dużego do szkoły razem z Małym, stamtąd na fizjoterapię – integrację sensoryczną Dużego. Stamtąd do domu. W domu 16:15. Zostawiliśmy plecak i worek ze strojem gimnastycznym, wypiliśmy trochę wody i biegiem po odbiór mojego laptopa. W drodze powrotnej coś na kolację. Mąż, wracający z pracy, dołączył do nas przy sklepiku z rybami. Przed 18 w domu. Kolacja, kąpanie, sprzątanie. Dostałam kolejną ofertę pracy, więc pół wieczora musiałam dzwonić i pisać do moich stałych uczniów, by poprzekładać lub odwołać lekcje, nawet pożegnać się. Wszystko dzieje się tak szybko! W każdym razie nagle była już 23:30 i trzeba było samemu się ogarnąć. Kiedy zaczęłam pisać, jak czytaliście powyżej, obudził się Mały.
Dziś od 7 pobudka, bo Duży wstał o 6 i grał na telefonie. Gdzie się go też nie schowa, wszędzie znajdzie…. Potem założył buty, „żeby być gotowym do wyjścia” (wychodzi o 8:30!!!!) i stukał nimi w tę i z powrotem po korytarzu! Mały oczywiście spał wtedy 5 minut dłużej ode mnie. Mąż to samo, co zwykle, ja z Małym. Po przyjściu Męża wybiegłam do dentysty. Przybiegłam. Mąż, po przyprowadzeniu Dużego i zjedzeniu lunchu „na szybko”, pobiegł do pracy, a ja zostałam z wrzeszczącym i biegającym po korytarzu towarzystwem. Gdy tylko przestało padać spakowałam towarzystwo i ruszyłam na dwór. Głowa mi już pękała i bałam się, że za chwilkę wpadnie do mnie sąsiadka z dołu, by uskarżać się na ruchy sejsmiczne jej sufitu. Wróciliśmy około 17. Kolacja dla Małego, potem dla Dużego (każdy je co innego!). Kąpanie Małego. Wrócił Mąż. Usypianie Małego. Mycie zębów Dużego. Herbata i pisanie postu tego.
Od poniedziałku będzie jeszcze ciekawej. Nie narzekam, bo generalnie jesteśmy dobrze zorganizowani. Teraz mała wtopa. Mąż źle zaplanował wieczorny wykład i nie ma z kim zostawić Małego i Dużego na jakąś godzinę. Nie wiem, co zrobimy, ale będę się martwić potem, teraz szukam rozwiązania!
Każdy dzień jest inny. Nie ma praktycznie czynności, które się powtarzają. Poza wychodzeniem do szkoły. Szkolne dni mają różną długość. Czasem muszę zabrać Dużego wcześniej ze względu na fizjoterapię albo wizytę u psychologa. Niedługo dojdzie mu 2-3 razy w tygodniu pomoc w sprawach szkolnych w domu. Wszystko musi więc lśnić w tej Misiowej jaskini :), co najłatwiejsze nie jest.
Kiedy Wy o Matki blogerki macie czas, by codziennie (niektóre tak robią) wstawiać nowe posty i pielęgnować Instagram, Facebook, a oprócz tego dbać o kontakty towarzyskie??? Chętnie się dowiem! Słowo daję! Podzielcie się pomysłami! Zaznaczam, że nikt z naszej rodziny, ani przyjaciół nie mieszka w granicach tego kraju, więc te genialne pomysły odpadają :).

Projekt sierpniowy – rzeczywistość

image

Kiedy dzieci już śpią, mama może posprzątać…

In vitro – droga do dziecka

Foto Linh Nguyen/ unsplash

Foto Linh Nguyen/ unsplash

Od dłuższego czasu w mediach wrze na temat in vitro. Współczesne polowanie na czarownice w kraju, którego światowa opinia mieniła krajem tolerancji. Tak sobie myślę, że tylko w okresie renesansu można było o jako takiej tolerancji mówić, bo przecież nazywano naszą Matkę Rzeczypospolitą państwem bez stosów. Ale już wtedy, w cieniu tej tolerancji wyganiano Braci Polskich albo kazano im przechodzić na katolicyzm. No cóż, dziś chce się, by współczesny świat powrócił nagle do średniowiecza, by tylko natura decydowała o byciu lub nie istoty ludzkiej. Celowo nie używam tu słowa Bóg. Bo niech mi któryś z tych walczących obrońców wiary powie, że Bóg jest przeciwny tym cudownym, pięknym dzieciom!
Pozwólcie tym dzieciom być. Odczepcie się raz na zawsze! Czy zdajecie sobie sprawę, jakim poświęceniem rodziców jest okupiona decyzja o posiadaniu „dziecka ze szkła”? (Cytuję tu tytuł książki mojej facebookowej znajomej Dagmary: tu https://www.facebook.com/pages/Dziecko-ze-szk%C5%82a/397868153757779?fref=ts). Ile to wizyt w szpitalu, godzin w poczekalni, wraz z innymi oczekującymi na cud. Ile bolesnych zabiegów, ile łez z powodu nieudanych prób, ile nadziei i rozpaczy. Często bez wsparcia rodziny i przyjaciół, którzy nie rozumieją. Bo jak? Tylko ktoś, kto staje w obliczu takiego wyboru i być albo nie być marzenia swego życia, jest w stanie zrozumieć, że zajście w ciążę dzięki in vitro to prawdziwy cud. Oglądał ktoś ten odcinek „Przyjaciół”, gdy Phoebe decyduje się zostać matką zastępczą dla dziecka swojego brata? Lekarz poinformował ją, że umieszczą jej w macicy pięć zarodków, jednak jest tylko dwadzieścia pięć procent szans na to, że któryś z nich zechce tam zamieszkać. To film, a rzeczywistość jest często smutniejsza, pięć prób bez rezultatu. Zastanawiał się ktoś, co dzieje się z psychiką pary, która po raz kolejny dowiaduje się, że nie dziś, nie tym razem.
Mnie sama myśl o tym odwiodła od próby. Nie miałam już sił walczyć i był Syn. Miałam jedno marzenie obok mnie, cały czas. Jednak inni nie mają. Nie mogą powiedzieć, no cóż, trudno, poddaję się. Nie mogą, bo nie chcą porzucić nadziei na największy dar, jakim dla nich jest dziecko. Dlatego walczą do końca. Czasem ta walka ma szczęśliwe zakończenie. Wiele par musi jednak pogodzić się z faktem, że nauka nie jest im w stanie pomóc. Póki jednak jest nadzieja, póki są fantastyczni specjaliści, dlaczego mamy się od tego odwracać i opluwać innych. Tym, którzy to robią przypominam o miłosierdziu, głównym z haseł Kościoła za czasów Jana Pawła II. I dobrze, że kardynał Dziwisz mówi, iż Kościół kocha dzieci, które już są na świecie dzięki in vitro. Ale w zasadzie co to kogo obchodzi? A tych, które się urodzą Kościół nie będzie kochał? Na litość Boską! Wierzę w Boga i nie wyobrażam sobie, żeby robił tego typu rozgraniczenia i mam nadzieję, że rodzice, którzy stają przed decyzją o poddaniu się zabiegowi, a są katolikami, też w to nie wierzą. Rozgraniczajmy kochani co Boskie, a co Kościelne.

Nocne potyczki

Josee Holland

Foto Josee Holland

Około 23.00 obudził się Synek, co było do przewidzenia, bo spał już od 18.00. Pobiegłam więc z cycusiem (tak, nadal karmię piersią, o tym w innym poście). Niestety tym razem magiczna moc cycusia nie zadziałała. Śpiący wzrok Synka skupił się na plakacie przedstawiającym zwierzęta w gospodarstwie. „Kakać”, usłyszałam. („Kakać” oznacza kaczkę i ptaka, jedno z niewielu słów po polsku, które wymawia Synek, o tym też potem). „Tak – powiedziałam – przytul się syneczku”. „Mee”, usłyszałam. „Tak, choć, przytul się do mamusi”. „Mau” – powiedział Synek. „Tak kochanie, chodź”. „Buuu” – powiedział Synek. („Boe” mówi po niderlandzku krowa ;)). Zdałam sobie sprawę, że z natychmiastowego zaśnięcia nici. „Mężuuuu” – zawołałam i mój Rycerz przybył na ratunek. W ruch poszły książeczki, cichutko czytane przy dźwiękach kołysanek. Po trzech książeczkach rozległ się płacz. „Maaaaaaa!”. No cóż, książeczki nie pomogły. Cycuś w akcji. Głowa na poduszce na prawym przedramieniu, cycuś w buzi, bujanie, kołderka, OK. Oczki Synka delikatnie się zamykają. Prawie, prawie… Nie! Po 10 minutach bujania zrobiło się za gorąco. „Kakać nie!” (na kołderce są sówki). Ok, bez kakacia, tylko poduszka na prawym przedramieniu mamy, cycuś w buzi, prawa noga Synka na lewym przedramieniu mamusi, bujanie…. Po 10 minutach już prawie, prawie. Gorąco. Postanawiam odłożyć Synka do łóżeczka, ryzykując ten manewr płaczem rozpaczliwym. Płaczu nie ma. Synek wykończony. Jeszcze ostatnie spojrzenie na plakat z gospodarstwem wiszący na przeciwko łóżeczka, na drzwiach. Mama masuje delikatnie stópkę, oczki się zamykają. Wracam do biurka. 00.10. „śpi?” – pyta Mąż. „Nie jestem pewna”. Siadam za biurkiem. Otwieram nowy dokument, by spisać myśli, „eeeee” – woła Synek. Wstaję od biurka nieco poirytowana. „Synku, śpij proszę”, biorę go na ręce, przytulam, siadając w fotelu obok łóżeczka. „Dzyyy” – mówi Synek. („dzyyy” oznacza cycusia ;)) „No dobrze”. Poduszeczka na lewym przedramieniu, główka na poduszeczce, lewy cycuś w buzi, lewa noga na prawym przedramieniu, bujanie…. po kilku minutach nadal nie śpi… postanawiam odłożyć Synka do łóżeczka, delikatnie gładzę jego główkę. Zasnął. Śpi 22 minuty. O 2.00 kolejna pobudka 🙂