Tag Archive | życie

Taki dzień

lemuel-butler-515

Photo by Lemuel Butler on Unsplash

Dawno temu dostałam od Mamy koszulkę z napisem:

I wish I could teleport myself

dziś naprawdę bym chciała. Wrzeszczący nastolatek jest nie na moje nerwy. Uczyć się dziecku nie chce. Od jutra tydzień egzaminów. Codziennie dwa. Jemu się nie chce.

Ma ktoś jakiś pomysł jak przekonać czternastolatka do nauki?

Zaznaczam, że agresja nie wchodzi w grę.

 

Reklamy

Lekcje od życia – loslaten

vlinders-1

foto: verkenjegeest.com

Loslaten to takie piękne niderlandzkie słówko, które zamyka w sobie jedną z najważniejszych dla mnie lekcji od życia. Najłatwiej chyba je zrozumieć tłumacząc – pozostawić własnemu biegowi. Ileż to już razy przerabiałam tę lekcję i nadal nie jestem w stanie opanować materiału.  Codzienność, na którą mam wpływ w zaledwie niewielkim stopniu, zdrowie, zachowania dzieci i ludzi wokół. To tylko czubek góry lodowej. Najchętniej kontrolowałabym wszystko i wszystkich. Tak już mam. Wyniosłam z domu.

Do niedawna żyłam w przekonaniu, że ja najdokładniej sprzątam, gotuję w najlepszy z możliwych sposobów głupie ziemniaki itp. Na szczęście zdrowy rozsądek i treningi uświadomiły mi, że jak nie odpuszczę skończę wypalona, wycieńczona i na wszystkich wokół wkurzona. Nauczyłam się więc pozwalać robić innym. Najczęściej wychodzę i nie patrzę, żeby nie komentować. Wracam, jak jest zrobione! Jaka ulga!

Właśnie uczę się kolejnej partii materiału. Jak zajść w ciążę i nie zwariować? Wielu z Was powie pewnie: wariatka, na stare lata jeszcze dzieci się jej zachciewa. Ano zachciewa. Właściwie zawsze tak było. Chciałam mieć troje dzieci. Oświadczyłam to Mężowi już na pierwszej randce, a On się zgodził :). Niestety jak wiadomo, nie zawsze otrzymujemy to, co chcemy. Nie należę do tych szczęściar, które tylko pomyślą, a już noszą cud pod sercem.

Bo wiecie – DZIECKO TO CUD. Tak na swe dzieci od dzisiaj patrzcie. Cud, który nie zdarza się wszystkim. Cud, odmieniający Wasze życie na zawsze, dany tylko wybranym. Patrzę na te moje CUDA, DZIWY i codziennie za nie dziękuję.

Myślę też o moich czterech aniołkach i czasem zastanawiam się ile jeszcze jestem w stanie znieść. Nie chcę robić nic na siłę i mam świadomość, że wszystko dzieje się w głowie. Nie zapominajcie o tym także – nie można oddzielić ducha od ciała. Ciało zawsze zareaguje na to, co dzieje się w naszej głowie. Moje ciało oszalało. Ciągle słyszę wokół ‚musisz loslaten’. Łatwo powiedzieć. Ostatnio odpuściłam, bo pomyślałam – jakoś to będzie, mamy czas, jak nie to nie. Teraz o wiele trudniej. Wtedy po prostu się poddaliśmy i się udało. Teraz trudno pozostawić rzeczy własnemu biegowi. Świadomość, że ma się mało czasu wcale nie ułatwia sprawy.

Nadal mam nadzieję.

 

 

Piosenka

Ta piosenka uratowala mnie, w pewnym sensie.

Wszystkim, ktorzy maja jakiekolwiek watpliwosci:

Mooi Marco Borsato

Pozdrawiam,

Ania

Nic przypadkiem

Nasze życie jest wielką tajemnicą. Możemy je planować, układać, przesypiać. Ileż to związków frazeologicznych z życiem w składzie! Życie nas zaskakuje. Zawsze ma dla nas niespodzianki, nie zawsze jednak przyjemne. Miłe, czy nie, są to nasze lekcje od życia. Lepszego nauczyciela nie znajdziemy. Pozostaje tylko kwestia, czy te lekcje prześpimy, czy wyciągniemy z nich wnioski.

W moim życiu kieruję się teraz intuicją, przynajmniej staram się ufać jej bardziej niż wcześniej. To jak nasz szósty zmysł. Niestety wielu z nas o tym zapomina. (Do tego jeszcze wrócę przy innej okazji.) patrzę na znaki, symbole, sygnały wokół. Noszę przy sobie notesiki i coś do pisania, by zawsze móc notować przelotne myśli, emocje, obrazy. I oczywiście nadal popełniam błędy, bo w końcu wiedzieć coś, nie znaczy bezmyślnie za tym podążać 😊. Skutecznie więc ignoruję podpowiedzi mojej intuicji, a potem dostaję mandat za złe parkowanie, w najlepszym wypadku. Niestety często, ignorując naszą intuicję, podejmujemy decyzje, które zmieniają nasze życie na zawsze. (Do tego też jeszcze wrócę.)

W momentach krytycznych w mym życiu, w chwilach dramatycznych zawsze ktoś przy mnie był, strzegł mnie przez katastrofami. Nadal żyję 😊. Za to jestem ogromnie wdzięczna, gdyż póki żyję mam szansę pracować nad sobą. Ta praca kochani nigdy się nie kończy (to tak na pocieszenie 😊).

Gdy dzieje się coś złego szukam wytłumaczenia. Nie, nie pytam dlaczego mnie to spotkało. Inaczej… Nie pytam z wyrzutem. Analizuję. Czytam. Wsłuchuję się w otaczający mnie świat. Po Bożym Narodzeniu 2015 trafiłam na książkę Agnieszki Maciąg Smak Świąt. Nie jestem dobrą kucharką, więc pewnie nie skorzystam z ponad 100 przepisów zawartych w tej pozycji. Ma ona w sobie jednak coś o wiele ważniejszego, przynajmniej dla mnie – niesie ze sobą naukę. Naukę na życie.

I tak już w drugim rozdziale Magii Świąt przeczytałam: „Gdy dzieje się coś przykrego, powtarzam sobie: ‘Zaufaj i uwierz. Zobacz, jaka ważna lekcja kryje się w tym trudnym wydarzeniu’.”

Gdy czytałam te słowa, były mi one niezbędne, by zrozumieć. Zacząć szukać odpowiedzi w sobie. Mój egzemplarz książki A. Maciąg ma mnóstwo przypominajek, w różnych kolorach. Zawsze mogę otworzyć książkę tam, gdzie tego potrzebuję. Agnieszka Maciąg jest głęboko wierząca. Może to nieco zniechęcać niektórych czytelników. Mnie nie.

„W moim domu rodzinnym kobiety zawsze były ciepłe, łagodne, ale jednocześnie odpowiedzialne i silne. Być kobietą to coś wyjątkowego. To dar. Rolą kobiety w rodzinie i partnerstwie jest duchowe inspirowanie bliskich, aby mogli się rozwijać. Kobiety chyba nie doceniają, jaką wielką mają moc!”.

Staram się, bo to prawda pani Agnieszko. Codziennie mogę to obserwować w moim domu. Kobieta buduje w nim atmosferę. Mnie nadal często zdarza się krzyczeć z bezsilności, kiedy coś trzeba powtórzyć po raz setny. Widzę jednak, że mój nastrój, moje dobre samopoczucie rewelacyjnie wpływa na atmosferę w domu. Choć czasem pyskujący nastolatek i próbujący nieustannie przekraczać granice przedszkolak, doprowadzają mnie do szału, nigdy, za nic na świecie nie chciałąbym zamienić się z nikim na życie. Moje przeżycia, doświadczenia są moje. Moje lekcje.

Ciągle się uczę i rozwijam. Cudowny Mąż i Fantastyczne Dzieci pozwalają mi na to. Nadal szukam swej drogi. Ufam, że jestem już blisko. Nie, negatywne doświadczenia mnie nie opuszczają, ale nawet w nich szukam dobra. Ono tam jest. Nawet jeśli nie widać go natychmiast, z czasem się wszystko wyjaśni.

Pozdrawiam serdecznie,

Ania

smak-swiat-w-iext43263822

ze strony internetowej empik.com, której jestem stałą klientką 🙂

Trzy lata w Holandii

Anna Gregorowicz MetzPoza granicami Polski mieszkam od sześciu lat. Decyzja o emigracji nie była łatwa, ale wydawała się jedynym sensownym wyjściem. Dwunastoletni związek, ośmioletnie małżeństwo dobiegło końca, a jak to w polskim prawie bywa, musieliśmy nadal mieszkać pod jednym dachem. Sytuacja nie należała do komfortowych. Poza tym nie mogłam utrzymać mieszkania i dziecka z pensji nauczyciela. Tego żałowałam najbardziej – pracy, którą tak kochałam. Umowa na stałe, świeżością pachnący kontrakt nauczyciela mianowanego, jakieś bezpieczeństwo finansowe.
W miejscu, gdzie mieszkałam nie mogłam oddychać. Dzielnie znosiłam spojrzenia, wcale nie ukradkowe, i donosy, i plotki. Myślę, że każdy w mojej sytuacji chciałby zmienić klimat. Skończyłam więc kurs dla nauczycieli języka polskiego jako obcego i czekałam na zmianę. Nie było łatwo, moja wymarzona Francja okazała się nieosiągalna. Francuski był moim drugim językiem, ale romanistyki nie studiowałam, więc nie. Już pogodziłam się z myślą, że muszę poczekać jeszcze rok, gdy niespodziewanie zadzwonił telefon. Lektorka z Gandawy zrezygnowała z pracy. Nie zastanawiałam się ani chwili. Po miesiącu miałam już zarezerwowane mieszkanie i znalezioną szkołę dla Syna, bo on wyruszał oczywiście ze mną. Nowy świat, nowe wyzwania. Belgia. Gandawa. O Gandawie wiedziałam tylko tyle, że w katedrze St. Bavo znajduje się ołtarz Adoracja Mistycznego Baranka braci van Eycków. Tam czekało na nas Przeznaczenie, które przywiodło nas do Holandii.
Trzy lata spędzone w Belgii to czas nauki. Nauki w każdym znaczeniu tego słowa. Nauki o sobie, o Synu, o otaczającym świecie, o ludziach, o dobru i złu. Jestem bardzo wdzięczna losowi za ten czas. Bez tych doświadczeń nie mogłabym ruszyć z miejsca. Nie powiem, że nie tęskniłam. Nie za Polską, nie gniewajcie się. Z Rodzicami i Siostrą rozmawiam praktycznie codziennie, często mnie odwiedzają, więc tęsknoty nie ma. Na początku tęskniłam za moją pracą. Byłam przerażona nowym wyzwaniem – uczenie studentów slawistyki, Belgów, języka polskiego. Nigdy tego nie robiłam, poza kilkoma godzinami praktyk i byłam naprawdę przerażona. Pamiętam sen, sen o moim liceum w Toruniu. Pierwszy dzień szkoły, ja radosna, młodzież też. Deklamuję wszystkie lektury w klasie pierwszej. Tak, deklamuję, z poczuciem takiego szczęścia. Wiem, co mam powiedzieć, siódmy rok pracy. Wszystko znam doskonale. Dwie praktykantki czekają na polecenia. Poczucie odprężenia i spełnienia. Cudowny sen! I rzeczywistość. Wszystko nowe, nikogo nie znam. Język, którego nie rozumiem. Dzięki Bogu znałam już francuski, chociaż musicie wiedzieć, że mieszkańcy Flandrii za francuskim nie przepadają i nie raz usłyszałam, że mogłabym już nauczyć się niderlandzkiego, skoro przyjechałam tu pracować. Wyobrażenie o Polakach mniej więcej jak wszędzie. Na szczęście od dłuższego czasu, nie przejmowałam się tym, co kto o mnie myśli. Irytowało mnie tylko zachowanie starszych pań. Gdyby nie kolega z wydziału nie znalazłabym mieszkania, bo kto zaufa Polce czy Polakowi, który w dodatku dopiero co pojawił się w kraju? Tęskniłam za Przyjaciółkami, mam dwie, ale rozmawiam z nimi średnio raz na pół roku, więc w zasadzie nic się nie zmieniło.
Pokochałam moją nową pracę, kontakt ze studentami. Kilkoro z nich pracuje lub przebywa obecnie w Polsce. Jestem z nich bardzo dumna. Mieliśmy z Synem szczęście do szkoły, która okazała się rewelacyjna. Syn uwielbiał tam chodzić i szybko nauczył się języka niderlandzkiego. Ja w końcu też. W Gandawie czekał na mnie Mąż, który okazał się brakującym ogniwem. Gdy wkroczył w nasze życie, oboje z Synem mieliśmy wrażenie, jakby zawsze był. I wtedy przyszła oferta nowej pracy dla Męża. Sama go zachęcałam, by składał podanie. Złożył, ale nie bardzo wierzył, że tę pracę dostanie. Do prowadzenia wykładu podszedł więc na luzie i …. wygrał konkurs. Trasa Gandawa – Amsterdam to 3 godziny podróży pociągiem w jedną stronę, przy dobrych wiatrach oczywiście. Pojawiła się więc myśl, a potem decyzja o przeprowadzce. Nie martwiłam się jakoś bardzo, choć obie prace, w między czasie zaczęłam pracować w szkole europejskiej, musiałam pozostawić za sobą. O dojazdach nie było mowy. Za dużo godzin zajęć, by wszystko dobrze zgrać z pociągami, a te często spóźniają się o godzinę, więc nie było sensu. Do szkoły europejskiej dojeżdżałam jeszcze przez rok, dopóki mój ciążowy brzuch nie stanął między mną a kierownicą :).
W Holandii wszystko jest inne niż w Belgii. Język niby ten sam. Różnice to głównie akcent i znaczenie niektórych słów. I nie, flamandzki to nie jest oficjalny język Flandrii, jest nim niderlandzki. Flamandzki to dialekt. Dzieci w szkole uczą się niderlandzkiego. Po flamandzku może rozmawiają z rodzicami w domu, ale nie w szkole. Zatem akcent, z powodu którego wszyscy tu myślą, że jestem z Belgii. (Zawsze sprostowuję tę pomyłkę, co wprawia rozmówców w osłupienie.). Różne jest także znaczenie słów, co czasem może prowadzić do zabawnych sytuacji. Kiedy w Belgii powiesz „poep” (pup) wszyscy wiedzą, że to pupa. Gdy chcesz tego słowa, w tym znaczeniu, użyć w Holandii, możesz się nieco zdziwić. W Holandii bowiem „poep” oznacza kupę. 🙂 Tu mówią „kopje”, tam „tas” (filiżanka). I tak dalej. (Napiszę jeszcze o tym, inaczej cały post zdominuje język).
Inni są ludzie, tu bardziej otwarci, chcą wszystko o tobie wiedzieć, tam nawet po dwuletniej znajomości nie zaproszą cię do domu na kawę. Inna mentalność. Belgowie żyją dobrze. Nie przejmują się za bardzo pieniędzmi. W Holandii musisz dobrze szukać, zanim znajdziesz sklep z dużymi opakowaniami proszku. Wszyscy liczą centy i nawet w piekarni informują cię, że „ten chleb jest drogi”. Chyba wynika to z protestanckiej tradycji. Inne są podatki. Jest ich tu mnóstwo. Inna opieka zdrowotna. Za połowę ceny, którą teraz płacimy miesięcznie, w Belgii nasza rodzina mogła korzystać z usług służby zdrowia przez cały rok. Inne szkoły, głównie duże i przepełnione. To co ja tu robię?
Mieszkam. Staram się poukładać świat wokół jak najlepiej potrafię. Na początku zajęta byłam rozpakowywaniem i układaniem, urządzaniem. Zmaganiami ze szkołą Syna. Trenowaniem lekarza rodzinnego. Poznawaniem dzielnicy i miasta. Szukaniem pracy. Szybko okazało się, że nie jest to takie proste. Nigdzie, nic. NIC. Byłam rozgoryczona. Na co mi te dziewięć lat studiów, skoro nijak ich tutaj nie mogę wykorzystać? Wysyłasz podanie i dostajesz e-mail, że jest 200 kandydatów na to miejsce! Można się wściec! Albo poryczeć. Najpierw ryczałam. Potem szukałam dalej. Przyglądałam się Holendrom. Zauważyłam, że nie przejmują się zbytnio. Studiują właściwie w każdym wieku. Robią dodatkowe szkolenia, kursy, poszerzają wykształcenie. To mi się tutaj bardzo podoba. Zawsze lubiłam się uczyć!
Po kilku miesiącach trafiłam na panią Teresę i dostałam pracę. Znów się bałam, bo przecież to nowe wyzwanie – uczenie Polaków języka niderlandzkiego. Na szczęście talent pedagogiczny odnalazł swoje zastosowanie, a ja znów mogłam realizować swoje życiowe powołanie – uczyć. Trwało to 10 miesięcy, bo cudem, dosłownie, zaszłam w ciążę: Synek i Syn wypełnili mój czas. Kilka miesięcy temu reaktywowałam działalność mojej malutkiej firmy. Troszeczkę uczę, troszkę tłumaczę, trochę piszę i ku chwale ojczyzny wspieram działalność nowiutkiej Sekcji Polskiej w holenderskim stowarzyszeniu nauczycieli języków Levende Talen.
Człowiek uczy się przez całe życie. To prawda. Przez trzy lata w Holandii nauczyłam się baaaaaaaardzo dużo o stosunkach międzyludzkich, o biznesie, marketingu, psychologii, tłumaczeniu i obsłudze mediów społecznościowych. Spotkałam ludzi, którzy mnie przerażali, których unikam, których podziwiam i takich, z którymi chętnie się zaprzyjaźnię. Uczę się każdego dnia.